niedziela, 9 listopada 2014

Rozdział 2. Poza murami rezydencji.

Wyłączając budzik, który właśnie ukazywał godzinę 6:00 przeciągam się i pośpiesznie wyskakując z łóżka. Wiem, że dla niektórych to może być dziwne, ale odkąd pamiętam nigdy nie wstawałam później. Robiłam to, ponieważ było mi szkoda czasu poza tym miałam wiele obowiązków i wolałam wykonać je jak najszybciej. Nienawidziłam obijania się, a moim zdaniem spanie do godziny dziesiątej właśnie tym było.
Podeszłam do mojego ogromnego okna i odsłoniłam potężne turkusowe kotary, które uniemożliwiły słońcu przebicie się do mojego pokoju. Jak na maj przystało pogoda bardzo mnie zadowoliła. Otwierając okno, aby wpuścić trochę świeżego powietrza byłam pewna, że usłyszę radosne odgłosy, które wydają ptaki.
W podskokach podeszłam do mojej ogromnej szafy, w której na próżno można było szukać spodni. Moja mama zawsze mówiła mi, że szanująca się dama powinna być kobieca, noszenie tego męskiego stroju odejmuje jej uroku. Dlatego już w wieku pięciu lat oświadczyłam, że nie chcę mieć tego typu ubrań. Po części bałam się wtedy, że nosząc je zmienię się w chłopaka co niemożliwi mi zostanie prawdziwą księżniczką, która w swojej wieży będzie czekała na księcia z bajki. Od zawsze szanowałam zdanie mojej matki. Była dla mnie pewnego rodzaju autorytetem. Chciałam w przyszłości być taka jak ona. Niektórzy sądzą, że zmierzam w tym kierunku co dodaje mi otuchy.
Moja matka jest świetnym prawnikiem, ale nie to jest najważniejsze. W jej żyłach płynie arystokratyczna krew, a ona jest z tego bardzo dumna. To dzięki niej mieszkam w tej pięknej rezydencji, którą w przeszłości przez wieki należała do jej rodziny.  Bardzo ceni sobie dobre maniery. Uważa, że ludzie są na tyle cywilizowani, że powinni o nie dbać, czasami ubolewa nad tym jak często o tym zapominają.
Mój ojciec jest kardiochirurgiem znanym na całym świecie. Czasami ludzie dosłownie biją się o to aby ich operował. Też jest arystokratą. Kiedyś myślałam, że tylko ze względu na to mama go poślubiła, ale teraz jestem pewna, że naprawdę się kochają.
Choć bardzo bym chciała nie mam rodzeństwa. Mama twierdzi, że woli mieć jedną córkę i mieć pewność, że wychowała ją na znakomitego obywatele tego kraju niż przez swoją ponowną ciąże zaniedbać mnie.
Po dłuższym zastanowieniu ubieram moją najprostszą białą sukienkę z rzucanymi gdzieniegdzie kolorowymi kwiatami.
Wchodzę do mojej prywatnej łazienki i wykonuję poranną toaletę, na którą składa się umycie zębów i twarzy oraz wklepanie kremu nawilżającego. Wchodząc do pokoju rozglądam się po nim. Nie mam zamiaru zostawić w nim bałaganu. Moje małe królestwo wygląda następująco: ma turkusowe ściany; posiada ogromne dębowe drzwi, przez które spokojnie mógłby wjechać samochód; dwuosobowe łóżko z śnieżnobiałym baldachimem. Naprzeciwko niego stoi biurko. Obok stoi szafa, a koło niej półka z książkami, która nie wiem jakim jeszcze cudem nie zarwała się. Znajduję się tu także wielkie okno i drzwi na taras. Wszystko tutaj jest duże i dobrej jakości. Dla moich rodziców byłoby to niedopuszczalne, gdyby w pokoju ich jedynej córki znalazło się coś nietrwałego.
Ten pokój jest jedynym miejscem gdzie mogę być sama. Czasami nawet mnie dopada taki humor, że nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Wtedy chowam się właśnie tu. Wybieram jakąś dobrą książkę i przenoszę się do innego świata.
Kiedy zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko znajduję się na swoim miejscu spokojnie opuszczam pomieszczenie. Tylko po to by znaleźć się na imponujących rozmiarów korytarzu. Na którym znajdują się liczne obrazy moich przodków. W dzieciństwie namawiałam mamę, aby je ściągnąć, bo zawsze idąc korytarzem miałam wrażenie, że ci ludzi przyglądają mi się. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam to uczucie ignorować. Chyba dorosłam już na tyle żeby zdać sobie sprawę, że to tylko obrazy, a ci ludzie już dawno umarli.
Powoli schodzę po schodach prowadzących na hol. Trzymam się poręczy, ponieważ wiem, że pani Sophie zawsze w poniedziałek pastuję je, a nie mam zamiaru złamać nogi. Stawiając ostatni krok uspokajam się odrobinę. Idę w kierunku znów ogromnych drzwi prowadzących do naszej jadalni. Słyszę dobiegające z niej głosy. Już się przyzwyczaiłam, że rzadko kiedy spożywam posiłki tylko z moją rodziną. Bardzo często pojawiają się u nas goście, tacy jak politycy, czy dawni znajomi moich rodziców. Nie powiem, że to mi przeszkadza, bo wtedy skłamałabym. Po prostu witam się. Siadam na swoim miejscu obok taty i jem. Potem dziękuję, żegnam się i wychodzę.
Popycham drzwi i pewnym krokiem wchodzę do środka.
-Dzień Dobry. – mówię głośno i wyraźnie lekko dygając przy tym. Od razu zyskuję uśmiech pulchnego i siwego pana, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Jak na moje oko jest politykiem.
-Dzień Dobry. – odpowiada, a z jego twarzy nadal nie znika uśmiech. – To pewnie młoda panna Lightwood, kiedy cię ostatnio widziałem byłaś jeszcze malutkim dzieckiem, które nawet nie potrafiło chodzić, a tu proszę!
Ignorując wypowiedź mężczyzny siadam na swoim miejscu. Nie jestem bezczelna, po prostu nie wiem co mam na takie słowa odpowiedzieć. Bezszelestnie przysuwam krzesło i zaczynam spożywanie posiłku, na który składają się kanapki z sałatą i pomidorem. Czasami kiedy patrzę na ten ogrom jedzenia aż ściska mnie w żołądku. Normalne jest to, że wszystkiego nie zjemy. Musielibyśmy zaprosić z 50 osób i to jeszcze by było za mało, aby tego wszystkiego się pozbyć. Boli mnie to, że my marnujemy jedzenie, a są na świecie osoby, które głodują i bardzo chętnie zjadłyby nawet najmniejsze resztki.
Gdyby nie to, że mama chcę abym została prawnikiem na pewno byłabym wolontariuszką, która wyjeżdża do Afryki, albo po prostu pomaga ludziom wokół. Nie wiem, czy to jest w ogóle praca, ale tak naprawdę właśnie to chciałabym robić. Jednak nie chcę zawieść moich rodziców, którzy tak wiele dla mnie poświęcają. Wtedy okazałabym się niewdzięczną córką, która nie docenia tego co ma.
-April, chciałabym cię poinformować, że w kolacji towarzyszyć nam będzie Jacob Robertson. Radzę ci, abyś później przebrała się w coś bardziej eleganckiego.
-Dobrze mamo, tak właśnie zrobię.
-Jakie masz plany na dziś dziecko? – zapytała łagodnym głosem delikatnie się przy tym uśmiechając. Spokojnie mogłabym stwierdzić, że moja matka jest piękna. Ma piękne, długie i lśniące włosy, które zazwyczaj ściśnięte są w kok. Jest posiadaczką ciemnych oczu. Wygląda o wiele młodziej niż na swój wiek. Spokojnie mogłabym powiedzieć, że to moja siostra i nikt nie zarzuciłby mi, że kłamię.
-Teraz pójdę do ogrodu, być może pomogę panu Henry’emu, później zajrzę do stołówki. Na koniec poczytam i zacznę przygotowania do kolacji.
-Masz dziecko dobre serce, co bardzo mnie cieszy. Pamiętaj, na kolacji musisz wyglądać jeszcze piękniej niż zwykle. Twój przyszły mąż musi być zachwycony.
Słowa „przyszły mąż” odbijały się w mojej głowie jak echo dzwonów kościelnych. Miesiąc temu przyjechali do nas starzy przyjaciele moich rodziców państwo Robertson. Zabrali ze sobą swojego osiemnastoletniego syna Jacoba. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam muszę się szczerze przyznać, że zaparło mi dech w piersiach. Był bardzo przystojny. Miał niemal czarne włosy, jasnoróżowe usta oraz niebieskie jak ocean oczy, które niemal hipnotyzowały. Nie miałam za bardzo do kogo go porównywać. Bardzo rzadko widziałam chłopaków w moim wieku. Nie chodziłam do szkoły, a w stołówce dla bezdomnych brakowało tak młodych ludzi, którzy byliby skorzy do pomocy. Podczas kolacji widziałam jak chłopak mnie obserwuję. Nie wiedziałam co to oznacza, ale pamiętam, że czułam się lekko skrępowana. To było dla mnie coś nowego. Nie mieliśmy okazji porozmawiać na osobności. Z jednej strony byłam zadowolona, ponieważ nie byłam pewna tego jak zachowam się w jego towarzystwie. Od razu po kolacji pożegnali się z nami. Następnego dnia zostałam poinformowana, że rodzice po bardzo długich przemyśleniach zdecydowali, że to właśnie Jacob będzie moim mężem. Powiedzieli, że jest dla mnie idealnym kandydatem. Zachwycił ich swoją inteligencją, urodą oraz dobrymi manierami, a co najważniejsze posiada arystokratyczną krew.
W tamtej chwili nie czułam nic. W tak młodym wieku w ogóle nie myślałam o tym, że kiedyś będę musiała wyjść za mąż. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że rodzice będą szukać mi męża. Myślałam, że takich wyborów dokonuję się samemu. Czyżbym się myliła? Wydawało mi się, że ktoś bierze ślub z miłości. Przecież w kościele kapłan o tym mówił. Niemal na pamięć znam cytat z Biblii o miłości „Miłość łaskawa jest…”. Jednak tak naprawdę nie wiedziałam co to jest. Nigdy nie byłam zakochana. Nie miałam w kim. Czasami wręcz błagałam rodziców, aby pozwolili mi iść do szkoły. Zawsze wtedy odpowiadali, że ich córka nie będzie przebywała w towarzystwie jakiegoś bydła

Mimo tego uczucie samotności nie mijało. W czasie wakacji przyjechała do mnie o rok starsza kuzynka Charlotta.  Rodzice mieli nadzieję, że to choć trochę wynagrodzi mi brak kontaktu z innymi dziećmi. Jeśli jest to możliwe to znienawidziłam ją od pierwszego wejrzenia. Miała długie rude włosy zaplecione w warkoczyka oraz twarz usianą niezliczoną ilością piegów. Złośliwie marszczyła swój mały i zadarty nos. Pamiętam, że razem wytrzymałyśmy tylko jeden dzień. Poszłam do mamy i powiedziałam, że już nie chcę iść do szkoły, ale niech tylko odeśle Charlotte. Matka pogłaskała mnie po głowie i z uśmiechem wykonała moją prośbę. Właśnie wtedy pogodziłam się z tym, że nie będę jak inne dzieci. Teraz nawet przestało mi to przeszkadzać. Przynajmniej mam normalne poukładane życie. Jedyne co mnie dręczy to małżeństwo, które zawrze w wieku 21 lat.
Czy te uczucia, które wywołał we mnie widok Jacoba to właśnie miłość? Czy mój wygląd choć trochę go poruszył? Chyba nie byłam brzydka. Nigdy nad tym się nie zastanawiałam. Może w końcu przyszedł na to czas? Najgorsze jest to, że nie znałam tego uczucia, które powinno być fundamentem tego związku. Czytałam o nim wiele książek, a nadal nie potrafię określić tego słowami. Niewątpliwie jest to bardzo potężne uczucie, które może doprowadzić nawet do śmierci tak jak w przypadku Romea i Julii, ale czy to nie przesada. Jak można rezygnować z życia, tylko dlatego, że nie można być z mężczyzną którego się kocha?
Kończę swój posiłek i wstaję z miejsca. Tradycyjnie dziękuję za posiłek i wychodzę z jadalni. Przed tym kiwam głową na pożegnanie panu Jonsonowi. Kieruję się w stronę wyjścia na dwór. Po drodze przechodzę przez hol, który jest równie wystawny jak reszta domu. W niektórych książkach historycznych były zdjęcia z wnętrza różnych zamków. Nie imponowały mi one zbytnio, bo mieszkałam w budowli, która spokojnie mogłaby dostać takie miano. Na dworze pierwsze co rzuca mi się w oczy to fontanna, przy której czasami spędzam godziny czytając książki. Naokoło niej wylany jest beton pełniąc rolę podjazdu dla samochodów.
Naszą działkę znam chybanajlepiej. Uwielbiam przebywać na świeżym powietrzu, dlatego już w dzieciństwie odkryłam wszystkie kryjówki znajdujące się tu. Miałam wtedy nadzieję, że w końcu poznam kogoś z kim mogłabym pobawić się w tak zwanego „chowanego”, o którym kiedyś opowiadał m dziadek. Polegała ona na tym, że jedna osoba zamykała oczy i liczyła do dziesięciu. Natomiast druga jak najszybciej musiała znaleźć kryjówkę.
Idę w prawo dróżką wykonaną z kostki. Z radością zaciągam się świeżym powietrzem, które tak naprawdę nie było świeże, ponieważ znajdowaliśmy się niemal w centrum jednego z największych miast świata Londynie. Jednak próbowałam sobie wmówić, że wcale nie wdycham tych wszystkich spalin. Uwielbiałam wiosnę. Z uśmiechem na twarzy patrzyłam jak wraz z topniejącym śniegiem wszystko wraca do życia. To tak jakby świat powstawał od nowa. Oglądając wszystkie kwiaty, które zdążyły już zakwitnąć i mienią się wszystkimi kolorami tęczy dochodzę do celu.
Widzę mężczyznę mającego około pięćdziesiąt lat, z siwą czupryna na głowie i błękitnymi oczami. Jego pewnie dawnej przystojna twarz jest teraz poorana głębokimi zmarszczkami. Widać, że mężczyzna bardzo wiele pracował. Mimo tego zawsze widziałam go uśmiechniętego od ucha do ucha, tak jakby już dawno przyzwyczaił się do tego, że wykonuję prace, która wymaga od niego tak dużego wysiłku fizycznego. Jego ciało jest zniszczone od tego. Raz miałam przyjemność uściśnięcia mu ręki, była szorstka i twarda jak kamień. Mogłoby się zdawać, że jak najszybciej chciałam puścić jego dłoń. Jednak tak nie było. To, że jego ręce były zniszczone nie oznaczało dla mnie, że nie dba o siebie. Dostrzegłam w nim osobę, która dąży do swojego celu nawet jeśli oznaczałoby to, że musi na tym ucierpieć.
-Dzień Dobry panie Henry!
-Dzień Dobry panienko! – Na chwilę odrywa się od swojej pracy i uśmiecha się do mnie.
-Mogę panu jakoś pomóc? – pytam.
-Jak na razie nie potrzebuję pomocy, ale jeśli możesz to zostań przy mnie. Znacznie lepiej mi się pracuję kiedy mam do kogo się odezwać.
-Dobrze i tak nie mam teraz nic zaplanowane. Mogę chwilę z panem pobyć.
-Piękną mamy pogodę nieprawdaż.
-Tak wiosna jest już w pełni. Co bardzo mnie cieszy. – Uśmiecham się sama do siebie i siadam na niezbyt dużym kocyku, który ma mnie ochronić od zimnej ziemi. – Mogę panu zadać pewne osobiste pytanie. Oczywiście jeśli pan nie będzie chciał to nie musi pan odpowiadać.
-Słucham. Może dam radę ci pomóc.
-Czy miał pan żonę? Nigdy pan nic o tym nie wspominał. – Po tych słowach nastało milczenie. Od razu pożałowałam, że w ogóle o to zapytałam. Najwyraźniej dla niego to drażliwy temat. Kiedy miałam już przeprosić on zabrał głos.
-Tak miałem. Niestety zachorowała na raka i zmarła w wieku 25 lat.
-To straszne. – zdołałam wyszeptać.
-Tak. – posmutniał.
-Czy pan… kochał ją? – zapytałam niepewnie.
-Tak, najbardziej na świecie. – Uśmiechnął się przelotnie. - Po jej śmierci nie znalazłem sobie nikogo. Nie mogłem znieść myśli, że ktoś mógłby zastąpić miejsce Margaret.
-Czy już przed ślubem pokochał ją pan?
-Oczywiście. Gdyby nie to nie wzięlibyśmy ślubu.
-Czyli to tak działa? – powiedziałam niemal do siebie.
-Do czego konkretnie zmierzasz dziecko? – zapytał.
-To nic ważnego. Ja po prostu nie wiem co to jest miłość. – słysząc te słowa mężczyzna zaśmiał się cicho. Na moich policzkach pojawiły się rumieńce. Głupia. Powinnam w ogóle nie poruszać tego tematu.
-Chyba każdy chciałby to wiedzieć. Dopóki tego nie poczujesz tak naprawdę nigdy się o tym nie dowiesz.
-Tylko skąd będę wiedział, że to właśnie jest miłość?
-To napadnie cię w najmniej niespodziewanym momencie.
-Długo będę musiała na to czekać?
-Czyżby w twoim życiu pojawił się jakiś chłopak?
-Nie, to znaczy tak. Widziałam go tylko raz, nawet z nim nie rozmawiałam. Czy ja mogę być w nim zakochana?
-Wątpię. To może być zwykle zauroczenie. Dużo ludzi mówiło o miłości od pierwszego wejrzenia, ale jak dla mnie to zwykłe bujdy. Jak można zakochać się w kimś skoro w ogóle go nie znamy. To by było raczej uwielbienie, ale nie tak potężne uczucie.
Czas spędzony z panem Henrym mijał mi zawsze jak błyskawica, dlatego zanim się obejrzałam była już godzina dwunasta, czyli czas na obiad i przerwa dla prawie wszystkich pracowników. Trochę chwiejnym krokiem przez to, że ścierpły mi nogi wstaję. Sprawdzam, czy aby na pewno moja sukienka nie została poplamiona i idę do domu.
Wchodzę do jadalni, a tam już cały stół jest zastawiony. Nie uchodzi mojej uwadze, że będą mi towarzyszyć tylko moi rodzice. To nie zdarza się codziennie. Znów spoglądam z lekką pogardą na stół pełen jedzenia. Denerwuję mnie również fakt, że nasi pracownicy nie jedzą nawet jednego posiłku razem z nami. Niby dlaczego? Czy oni są gorsi tylko dlatego, że pracują fizycznie? Dla mnie są również pełnoprawnymi obywatelami tego kraju mimo, że nie są wspaniale wykształceni. Jednak ja nie miałam na to wpływu, ponieważ moi rodzice byli innego zdania i właśnie oni tu rządzili.
Uśmiecham się do tych dwóch ludzi, którzy uczestniczyli w każdym ważniejszym wydarzeniu mojego życia i siadam już tradycyjnie na swoim miejscu. Na talerz nakładam ziemniaki oraz moją ulubioną pieczeń z indyka. W pomieszczeniu panuję cisza. Jednak nikomu ona nie przeszkadza, ponieważ każdy pochłonięty jest jedzeniem. Widzę jak moja mama nerwowo na mnie spogląda. Obawia się jak wypadnę na dzisiejszej kolacji. Dziwne, ponieważ ja też powinnam być zestresowana. Jednak tak nie jest. Co nie ukrywam cieszy mnie.
Po zjedzonym posiłku zaczynam szykować się do wyjścia. W stołówce niedługo zacznie się wydawanie posiłków.
Na swoją sukienkę, która podkreśla kolor moich oczy zakładam kremowy płaszcz. Nie wiadomo nawet kiedy pogoda się popsuła. Spoglądam w lustro i widzę delikatną twarz dziewczyny o ciemnoczerwonych ustach oraz brązowych włosach falami opadającymi na ramiona. Uśmiecham się do swojego odbicia. Ręką odgarniam zabłąkany kosmyk. Naciskam klamkę masywnych drzwi i wychodzę na zewnątrz oczywiście nie zapominając o parasolu, który w czasie takiej pogody w Londynie jest wręcz obowiązkowy.
                Nie wiem jakim cudem udało mi się namówić rodziców na to, że dziś wyjątkowo sama mogę iść na stołówke. Pewnie mój argument dotyczący pogody najwięcej zdziałał. Całe szczęście, że nie zauważyli jej zmiany.
                Zawsze kiedy wychodzę poza wysokie ogrodzenie naszej rezydencji czuję się jakby z moich barków został zniesiony ciężar. Czuję się… wolna. Nie wiem skąd to uczucie. Bardzo dobrze czuję się w domu. Mam kochających mnie rodziców, piękny pokój oraz miłą służbę. Czego chcieć więcej? W dodatku od zawsze wpajano mi, że na zewnątrz nie zawsze jest bezpiecznie, że to jest tylko z pozoru coś dobrego. Od razu sztywnieje kiedy przypominam sobie słowa mojej mamy. Mocno ściskam szelki mojego plecaka i pewnym krokiem idę w kierunku stołówki, która nie jest zbytnio daleko. Przynajmniej limuzyną jedzie się tam parę minut.
                Czasami szczerze nienawidzę tego miasta. Od razu po przebudzeniu zauważyłam, że jest przepiękna pogoda, ale już po paru godzinach zmieniła się diametralnie wraz z moim humorem. Mimo, że jest jeszcze wcześnie rano to w jakiś niewyjaśniony sposób robi się coraz zimniej i ciemniej.
                Gdzieś po mojej prawej stronie słyszę cichy szum. Odwracam w tamtym kierunku głowę. Widzę żółty bus i wyglądającego z niego ciemnowłosego mężczyznę z lekkim zarostem. Mimo tego, że ma ok. czterdzieści lat jest naprawdę bardzo przystojny. Uśmiecha się do mnie co jeszcze bardziej potwierdza moje obserwacje.
                -Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy nie wie panienka jak dojechać do centrum. – odzywa się głębokim głosem z lekką chrypką.
                -Niestety nie potrafię panu pomóc. Miłego dnia życzę. – Udaje mi się przejść zaledwie kawałek kiedy samochód ponownie zatrzymuje się obok mnie. Zanim zdążę zorientować się co się dzieje mężczyzna bierze mnie na ręce. Na ten moment porzucam wszystkie dobre maniery, których uczono mnie przez całe życie. Zaczynam krzyczeć. Kompletnie zapominam, że ludzie bojąc się deszczu starali się nie wychodzić z domu. Próbuję się szarpać, kopać, ale to nic nie daję. Jego uścisk jest jak z żelaza. Siłą wrzuca mnie na tylne siedzenia, do których drzwi otworzył drugi mężczyzna bardzo podobny do mojego napastnika. Nie przestaję wrzeszczeć. Nadal mam nadzieję, że jednak ktoś mnie usłyszy. Mężczyzna wsiada zaraz za mną do samochodu i w moim kierunku wyciąga niedużą szmatkę. Spodziewam się tego, że zaknebluje moje usta, ale szybko orientuję się, że to coś innego. Od razu obraz traci ostrość, a mi coraz ciężej jest utrzymać ciało w pionie. Nie wiem, czy umieram, czy jedynie tracąc przytomność zostaje pochłonięta przez czarną dziurę. Gdzieś na granicy między moją świadomością, a całkowitym zaśnięciem wiem, że dzieje się coś złego. Zdaję sobie sprawę z tego, że muszę uciekać. Tyle tylko, że nie mam na to sił i dokładnie nie pamiętam co mi zagraża…

___________________________________
Miłego czytania,kolejny rozdział za 3-4 dni ;)
PS. Komentarze wszelkiego rodzaju pod rozdziałami bardzo mile widziane ! ^_^

1 komentarz:

  1. Jezuuuu, masz ten potenszjal! :D
    life-is-not-horrible.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń