niedziela, 30 listopada 2014

Rozdział 5. Potrzebuję sojusznika.

DZIEŃ 17


Budzi mnie rytmiczne uderzanie deszczu o dach. Oczywiście najpierw przeraziłam się, że znów ktoś umiera, ale wystrzały na pewno nie uspokoiłyby mnie jak ten dźwięk. Jedyne co mnie denerwuje to to, że deszcz jest wodą, której nie dostałam już od 4 dni. Zresztą tak samo jak jedzenie.
Byłam grzeczna. Nie sprawiałam żadnych problemów mając nadzieję, że w ten sposób uda mi się jakoś przetrwać to piekło.
Być może znudziłam im się i przestali się mną tak bardzo interesować. Pewnie robią tak z wszystkimi. Na początku są ciekawi z kim mają do czynienia. Później zostawiają ich na pastwę losu.
Podrywam się gwałtownie z miejsca co jest wielkim błędem, bo zaczyna kręcić mi się w głowie. Łapię się ściany, aby choć przez chwilę utrzymać swoje ciało w pionie. Zawroty ustają, ale ja nadal jestem wyczerpana. Z każdym dniem mam coraz mniej sił. Przecież to dopiero 8 dni! Jak mogę tak szybko umrzeć? Przecież Anna wytrwała tutaj przeszło 1984 dni.
Już nie dbam o czystość wody, do której mam dostęp. Nachylam się nad kranem i pije ją łapczywymi łykami. Niemal czuję jak moje wyschnięte komórki chłoną wodę jak gąbka. Już sekundę później czuję się o niebo lepiej choć żołądek nadal boli mnie niemiłosiernie. Na to akurat nie mogę nic poradzić. Nie przewidziałam tego, że będzie brakowało mi pożywienia. Być może wtedy starałabym się coś zachować, ale w momencie kiedy dostawałam posiłki byłam tak głodna, że w głowie nie zaświeciła mi się żadna lampka ostrzegawcza.
Może Eric wiedział, że go okłamałam. To była kara. Ale jak mógł dowiedzieć się o tym. Przecież zachowywałam się najciszej jak potrafiłam. Chyba, że są tu kamery. Zdenerwowana zaczynam rozglądać się wokół. Być może cały czas jestem obserwowana, nawet o tym nie wiedząc. Ręce zaczynają mi się trząść. Nie wiem, czy ze strachu, czy z niekontrolowanej już złości, która z każdą sekundą narasta coraz bardziej.
Przecież nie mogą mnie tu zagłodzić na śmierć! Wtedy nie dostaną pieniędzy, które już nie raz udowodniły, że przez nie są same problemy! To miejsce powinno znaleźć się w filmie dokumentalnym ku przestrodze wszystkich ludzi, którzy myślą, że te papierki są czymś naprawdę ważnym.
Biorę parę głębokich wdechów przy okazji zamykając oczy. Znów wspomnieniami wracam do domu. Siedzę przy fontannie, z której cichym szumem sączy się woda. Ptaki śpiewają, a razem z nimi pan Hanry, który w ten sposób umila sobie pracę. Podnoszę powieki i pierwsze co rzuca mi się w oczy to lustro, a w nim moje odbicie. Pierwszy raz od 18 lat mojego życia muszę przyznać, że wyglądam naprawdę fatalnie.
Bite 8 dni mam na sobie to samo ubranie. Zaczyna dokuczać mi zapach potu, który jest coraz bardziej wyczuwalny. Nieudolnie próbowałam umyć włosy mydłem. To sprawiło, że stały się jeszcze bardziej przetłuszczone, ale przynajmniej pachniały w miarę znośnie. Powieki są strasznie opuchnięte od płaczu. Już dwa dni z rzędu niespodziewanie budzę się w nocy i kiedy przypomnę sobie gdzie jestem nie mogę powstrzymać płaczu.
Biorę książkę i zaczynam zagłębiać się w jej lekturę. Muszę chociaż w swoich wyobrażeniach przenosić się do innego świata, bo inaczej zwariuje i nikt nie będzie już starał się o wypuszczenie mnie stąd. Będę dla nich ciężarem, którego przecież nie potrzebują. Do końca życia będę przebywać w zamknięciu. Nie ważne czy tutaj, czy też w szpitalu psychiatrycznym. Nie będę miała własnej rodziny, nie będę odnosić sukcesów w pracy.Moje dalsze życie nie będzie istniało.
Kiedy przypominam sobie o tym, że przecież jestem już pełnoletnia i w mniemaniu moich rodziców muszę przygotowywać się do założenia rodziny od razu przypomina mi się przystojny Jacob, który w przyszłości ma zostać moim mężem.
Teraz kiedy jestem daleko od domu to wszystko wydaje mi się być niezwykle dziwne. W ogóle go nie znam. Nie wiem jakie ma zdanie na różny temat, nie mam pojęcia czym się interesuje. Perspektywa tego, że miałabym spędzić resztę życia z osobą, która jak na razie jest mi obca przeraża mnie, ale czy mam w tej sprawie coś do powiedzenia? Przecież nie jestem w stanie poznać kogoś innego kto nadawałby się bardziej.
Znów biorę się za czytanie książki, ale coś dziwnego dzieje się z moim wzrokiem. Litery rozmazują się, a ręce drżą tak jakby ten przedmiot był wyjątkowo ciężki. Kładę się na łóżku i staram uspokoić oddech.
Umieram.
Naprawdę umieram.

NIE
To nie ten czas.
To nie to miejsce.
Nie pamiętam nawet jak dotarłam do drzwi. Wiem, że ten krótki odcinek sprawił mi wielką trudność, bo tył głowy pulsuje boleśnie od niedawnego uderzenia. Znów wyrównuje oddech i staram się utrzymać powieki w górze. Powtarzam sobie, że jeśli tego nie zrobię to zasnę już na zawsze.
Nie jestem tchórzem i nie mogę teraz się poddać, kiedy już udało mi się wykonać pierwszy krok.
Na początek zaledwie stukam delikatnie w drzwi, ale wiem, że to zbyt dużo nie zdziała. Ktoś musiałby akurat przechodzić korytarzem, aby usłyszeć cokolwiek.
-Jest tam ktoś? – Słowa ledwo przechodzą przez nadal zaschnięte gardło. Mój głos jest dziwnie zachrypnięty i brzmi tak jakby nie należał do mnie.
Wkładam całą siłę w to aby mocniej uderzać w masywne drzewo. Albo mam omamy słuchowe, albo rzeczywiście nie wiem jakim cudem udało mi się coś zdziałać, bo dźwięk jest o wiele bardziej donośny. Kontynuuje to wkładając więcej wysiłku.
-Hej! Ludzie! Tutaj! – Robię chwilę przerwy aby zaczerpnąć trochę powietrza do płuc. – Proszę niech ktoś tu przyjdzie! – Później moje słowa to tylko szept, dlatego nadal uderzam piąstką w drzwi. Jedynie na moment przestaje kiedy słyszę czyjeś dudniące kroki. O ile się nie mylę to ten ktoś nawet biegnie. 
Parę minut później słyszę jak ktoś przekręca klucz, a ja w tym samym czasie próbuję się trochę odsunąć, aby mężczyzna przypadkiem mnie nie nadepnął.
-Co ty sobie wyobrażasz?! – Mija chwila zanim dopasowuje głos do twarzy właściciela. Obraz, który widzę to nic innego jak wirujące kolory.
-Potrzebuję jedzenia. – udaje mi się wychrypieć.
-Niektórzy dostają posiłki o wiele rzadziej niż ty i jakoś nie robią żadnych scen. Przecież mówiłem ci już, że masz nie sprawiać problemów.
-Proszę. Chociaż trochę. Ja umieram.
-Nie umierasz, wierz mi daleko ci do tego.
-Błagam cię.
-Za chwilę wracam.
-Joe, proszę cię.
-Powiedziałem, że niedługo wrócę! – Na ostry ton jego głosu powinnam zareagować wzdrygnięciem się, ale nawet na to nie mam sił. Dziwię się, że akurat on tutaj przyszedł, bo swoimi wcześniejszymi pytaniami zdenerwowałam go do tego stopnia, że nie widziałam go od czasu zrzucenia naczyń.
-Drogi Panie Boże. Rzadko proszę cię o cokolwiek, ale błagam wysłuchaj mnie tym razem, bo nie jestem jeszcze gotowa, aby iść do ciebie. Niech Joe tu wróci, najlepiej z jedzeniem. – Oczywiście nie wypowiadam tych słów na głos. Wiem, że Bóg zna wszystkie moje myśli, więc po co mam tracić dodatkową energię.
Moje modły zostają wysłuchane, bo już po paru minutach do środka wkracza chyba ciemnowłosy. Nie wiem tego na pewno, bo w ogóle się nie odzywa.
-No dalej księżniczko. Wstawaj.
-Ja nie mogę.
-Jak to nie możesz? –pyta zdziwiony.
-Tak kręci mi się w głowie, że nic nie widzę. – oznajmiam. Po chwili czuję na swojej twarzy jego ciepły oddech, dlatego wnioskuje z tego, że nachylił się nade mną.
-Rzeczywiście w tym swoim królestwie musiałaś mieć jak w bajce. Inni są o wiele bardziej odporni, a ty wymiękasz już po paru dniach. Jak chcesz przetrwać do czasu aż twoi rodzice wpłacą pieniądze?
-Gdybym nie chciała przetrwać to nie wkładałabym ostatnich sił na to, aby kogoś do siebie przywołać.
-Rzeczywiście masz racje. Znów masz ogromne szczęście, że trafiło akurat na mnie, bo gdyby to był ktoś inny to nie wiem jak to wszystko by się potoczyło. Dobra podniosę cię, ale musisz mi odrobinę pomóc.
Czuje jego ciepłe ręce na swojej talii. Staram się w jakikolwiek sposób trochę mu ulżyć, ale nie wychodzi mi to. Sadza mnie na krześle, ale nadal musi mnie trzymać, bo nie mogę utrzymać równowagi. Teraz wszystko jeszcze bardziej wiruje.
-Dasz rade utrzymać chleb? – pyta.
-Nie pytaj, tylko daj!
-O jaka zaborcza! Gdzie twoje maniery.
-Wydaje mi się, że tutaj one nie obowiązują.
-Jednak cię nie doceniłem. Wcale nie jesteś taka pusta na jaką wyglądasz. Rzeczywiście tutaj nie panują żadne zasady. – Ostatnie słowa wypowiada dziwnie przyciszonym głosem. Koduje sobie w pamięci, że kiedyś muszę go o to zapytać. – I jak smakuje? – pyta. W odpowiedzi jedynie lekko się uśmiecham. W tej chwili nie jestem w stanie nawet czuć smaku. Jak najszybciej potrafię przeżuwam i połykam pokarm. Wiem, że później kiedy nadejdzie ból żołądka będę tego żałowała, ale na pewno nie ma nic gorszego od tego, że nie mam siły na kompletnie nic. –Widzisz jeśli nie będziesz sprawiała problemów to nie będzie aż tak źle.
-Wcześniej nie sprawiałam kłopotów i wcale nie było dobrze.
-Jak to nie. Zadawałaś zbędne pytania.
-Właśnie za to byłam karana?
-Może nie do końca. My też musimy wziąć sobie wolne.
-To w końcu załóżcie normalny biznes, a nie bogacicie się na przetrzymywaniu niewinnych ludzi.
-Oooo nie wszyscy są tacy jak ty. Mamy tu różnych typów.
-Na przykład jakich?
-Aktorów, piosenkarzy, prezenterów, producentów oraz ich dealerów. Ogólnie same szychy, ale tylko takie, za które wiemy, że dostaniemy okup. Wybieramy tylko tych z kochających rodzin. Jaki sens jest zwijanie kogoś kogo nikt nie kocha.
-Każdego kocha choć jedna osoba.
-Nie prawda. Chyba nie bardzo wiesz co się dzieje we współczesnym świecie.
-Może.
-Lepiej? – pyta zadziwiająco łagodnym głosem. Byłam tak zajęta rozmową z nim, że nie zauważyłam momentu, w którym zawirowania w głowie ustały.
-Tak, znacznie lepiej. Dziękuję.
-Na przyszłość nie rób takiego hałasu.
-Na przyszłość dawajcie mi jedzenie choć raz dziennie.
-Lepiej nie odzywaj się taki tonem do innych.
-Jeśli nie dostaniecie pieniędzy i tak mnie zabijecie. Co to za różnica.
-Czasami lepiej nie igrać z ogniem. – Wstaje i chyba chce już wychodzić.
-A ty gdzie byłeś przez te parę dni? Też u rodziny? – Widzę grymas, który niespodziewanie pojawia się na jego twarzy.
-Nie mam rodziny. -  I tak po prostu wychodzi zostawiając mnie samą opartą o ścianę i nadal dochodzącą do siebie.
                Chyba nigdy nie spotkałam się z bardziej tajemniczą osobą.


DZIEŃ 38




Jeśli wierzyć kreskom, które nadal stawiam na okładce mojej książki to parę dni temu minął miesiąc odkąd się tutaj pojawiłam. Nadal każdego poranka po otwarciu oczu moją pierwszą myślą jest to w jaki sposób udało mi się dożyć następnego dnia?
Nie wiem dlaczego, ale instynkt podpowiadał mi, że lepiej będzie jeśli posłucham rady Joe’a i nie będę zbytnio się buntowała. Chyba podziałało, bo choć przez ostatnie paręnaście dni strasznie doskwiera mi nuda to nie mogę narzekać na brak pożywienia. Zresztą zdążyłam przyzwyczaić się do tego, że moim jedynym posiłkiem jest obiad.
Wiem, że choć nie mogę zadawać dużo pytań to to raczej nie obowiązuje ciemnowłosego, dlatego z utęsknieniem czekałam na jego wizytę, która bardzo długo nie nadchodziła. Powoli zaczęłam tracić nadzieje, aż w końcu wczoraj pojawił się ponownie. Z dziwnym pudełkiem w dłoniach. Chyba humor mu dopisywał, ponieważ na jego twarzy widniał szeroki uśmiech, którego wcześniej nigdy nie widziałam. Musiałam przyznać, że dzięki niemu był jeszcze bardziej przystojny.
-Co tu tak cicho? – pyta.
-Przecież nie będę mówić do siebie. Jak na razie wszystko w porządku jeśli chodzi o moje zdrowie psychiczne.
-To bardzo dobrze. Najgorzej jest na początku. Większość nie jest w stanie przetrwać pierwszego miesiąca. Skoro ten okres już za tobą to nie powinno być tak tragicznie.
-Oczywiście, że przesiadywanie w zamknięciu bez jakiegokolwiek wglądu na to co dzieje się na świecie nie jest tragiczne. Czy ty czasem słyszysz co mówisz? – nawet ostry ton mojego głosu nie sprawił, że jego humor się pogarsza.
-Spróbuje ci załatwić radio księżniczko. Przecież zanudzisz się tu nam. – Siada na krześle obok stoliczka. W porównaniu z jego umięśnioną i postawną sylwetką to wszystko wydaje się tak drobne i małe jak meble w domu dla lalek. – Mam dla ciebie prezent. – oznajmia.
-Nie mam urodzin.
-No i co z tego? Nie cieszysz się?
-To zależy od tego co znajduje się w środku. – Spoglądam na pudełko podejrzliwie. Nie mam pojęcia co może znajdować się pod podłużną pokrywą.
-Przekonaj się sama. – Podaje mi je. Przez chwilę się waham, a przez mój umysł przelatuje myśl, że być może to bomba. Nie wiem kiedy stałam się taka nieufna w stosunku do kogokolwiek. Przedmiot nie należy do najbardziej lekkich, dlatego moja ciekawość pogłębia się. Delikatnie gładzę chropowaty, kremowy papier, którym zostało owinięte pudełko i unosząc wieko zaglądam do środka.
Mija chwila zanim zdaje sobie sprawę do czego służy materiał, który jest w środku. Dopiero kiedy biorę go w ręce wszystko układa się w całość. Szeroko uśmiecham się i spoglądam na chłopaka.
-Dziękuję. – szepcze zachwycona widokiem moich pierwszych w życiu jeansów oraz t-shirtu. Naprawdę w tej chwili jestem w stanie założyć cokolwiek byleby nie była to jasnoniebieska sukienka, z którą nie dość, że wiążą się okrutne wspomnienia, to jeszcze z każdym dniem jest coraz bardziej zniszczona.
-Podobają ci się? Wiesz jako facet niezbyt się na tym znam.
-Oczywiście, że tak. Jeszcze raz dziękuję. – Podrywam się z miejsca i przykładam do siebie spodnie. Wydaje mi się, że nawet z rozmiarem trafił idealnie. Nie mogę uwierzyć, że moje wieczne drgawki powodowane tym, że cały czas mam odkryte nogi znikną. – Ale dlaczego pomagasz akurat mi?
-Skąd wiesz, że tylko tobie.
-Nie wiem. Tak mi się wydaje. Więc dlaczego? Przecież powinieneś być zły. Uprowadziłeś mnie.
-Hola, hola. Chyba już zaczynają mieszać ci się fakty. Wcale cię nie uprowadziłem.
-Ale zrobili to twoi koledzy, a ty z nimi współpracujesz, więc to jest niemal to samo. Masz zamiar mi odpowiedzieć?
-Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Tylko pamiętaj. W momencie kiedy jesteśmy z innymi nie będę mógł rozmawiać z tobą tak samo jak teraz. Musisz się zachowywać tak jakbym był zwykłym oprawcą, który cię uprowadził i od czasu do czasu przynosi ci jedzenie przy okazji sprawdzając czy nadal żyjesz. Nasze rozmowy nie mogą wyjść poza to pomieszczenie, bo będzie naprawdę źle. Zrozumiałaś?
Jedyne na co mogę się zdobyć to powolne kiwanie głową. Po jego słowach jeszcze bardziej jestem przeświadczona o fakcie, że ten mężczyzna jest dla mnie kompletną zagadką, która mam nadzieje niedługo uda mi się rozwiązać.
Po pewnym czasie poszedł sobie znów zostawiając mnie samą pośród czterech ścian, ale z ledwo tlącą się nadzieją na to, że być może po jakimś czasie zdobędę sojusznika.

_______________________________
wiem że te opowiadanie to jedno wielkie dno ale obiecuje że gdy akcja się rozkręci będzie na prawdę ciekawie !

sobota, 15 listopada 2014

Rozdział 4. Mały niechciany prezent.

Przeczytajcie notkę pod rozdziałem ;) Miłego czytania ;>

DZIEŃ 2.
Już zanim Eric otworzy kolejne drzwi wiem, że jesteśmy blisko celu. Dochodzą do mnie głośne rozmowy i śmiechy. Jestem pewna, że dwóch mężczyzn o coś się kłóci. W tonach ich głosów można doszukać się gniewu i zawziętości.
Chwilę po tym znajduje się w środku. Widzę pomieszczeni, którego za nic w świecie nie umieściłabym akurat tutaj. Wiedziałam, że na pewno będę przebywać w o wiele lepszych warunkach niż ja parę godzin temu, ale na pewno nie spodziewałam się czegoś takiego.
Pierwsze co zwraca moją uwagę to ogromnych rozmiarów telewizor, z którego nigdy wcześniej nie korzystałam. Przed nim są skórzane ciemne kanapy, na których siedzi sześciu mężczyzn. W różnych przedziałach wiekowych. Dalej jest nieoddzielona żadną ścianą kuchnia, która wykonana jest w bardziej nowoczesnym stylu niż u mnie w domu. Fakt, że nie panuje tutaj idealny porządek, ale czego można spodziewać się po siódemce mężczyzn, którzy jak mi się wydaje nie mają zatrudnionej pokojówki?
Wraz z naszym wejściem wszystkie rozmowy ucichły, a spojrzenia zostały utkwione we mnie. Poczułam się dziwie. Byłam jedyną kobietą w tym towarzystwie.
-Oto księżniczka Alexandra. – odzywa się po chwili Eric. Wszyscy jednocześnie wybuchają śmiechem tak jakby usłyszeli żart roku, a ja zastanawiam się skąd wie jak mam na imię i dlaczego nazwał mnie księżniczką. Pcha mnie w kierunku jedynego wolnego krzesła, które tak jakby czekało na mnie. Wskazuje je, a ja ostrożnie siadam na nim. Nie wiem, czego się ode mnie oczekuje dlatego milcząc patrzę na nich. – Joe wytłumacz jej wszystko. – Zwraca się do chyba najmłodszego w tym towarzystwie. Na moje oko może mieć 24 lata nie więcej. Jest bardzo przystojny. Ma trochę dłuższe ciemne, niemal czarne włosy oraz niebieskie oczy, które w tym momencie spoglądają na mnie.
-Niezła z niej sztuka. – odzywa się.
-To już zauważyliśmy młody. – stwierdza rudy mężczyzna z dość dużą nadwagą paląc w międzyczasie papierosa.
-Nie czas na zachwycanie się jej urodą. Mów o co chodzi. – Natomiast ten mężczyzna nie ma włosów. Jego szare oczy mierzą moją sylwetkę, przez co po moich plecach przebiega nieprzyjemny dreszcz do tego dochodzi jego długi, haczykowaty nos, które wcale nie wzbudza sympatii. Nie jest gruby, ale z daleka można by pomylić jego imponujących rozmiarów mięśnie z tłuszczem.
-Przydzielimy ci trochę lepszy pokój niż ten poprzedni i grzecznie poczekasz sobie na to aż twój kochany tatuś zapłaci nam pieniążki za ciebie. Wtedy wypuścimy cię, ale tylko wtedy kiedy obiecasz, że nie będziesz sprawiała nam kłopotów. OK? – jego głos wcale nie brzmi tak groźniej jak słowa, które mi przekazuje. Gdyby nie to czym się zajmuje pewnie uznałabym go za miłego chłopaka. W dodatku w tej chwili uśmiecha się do mnie.
-Joe to nic ci nie da. Jeśli przeżyje to będzie cud, w dodatku myślę, że po tych paru miesiącach będzie cię nienawidzić do tego stopnia, że na pewno się z tobą nie prześpi. – zabiera głos mężczyzna, który wraz z Ericiem siedział w samochodzie. To właśnie on był kierowcą.
-Skończyłeś? – pyta mulat.
-Tak.
-W takim razie idziemy. – zwraca się do mnie i ponownie prowadzi, ale już w innym kierunku niż wcześniej. Po dosłownie paru minutach zatrzymuje się i znów zaczyna się żmudny proces otwierania drzwi. Zaświeca światło w środku i mogę spokojnie stwierdzić, że jest tu o niebo lepiej niż poprzednio. Tyle tylko, że trzeba poukładać parę rzeczy. – No tak. Oczywiście zapomniałem o małym prezencie, który zostawiła twoja poprzedniczka. – Na początku nie wiem o co mu chodzi, ale później zauważam na podłodze dość dużych rozmiarów czerwoną plamę. Wmawiam sobie, że to wcale nie jest to o czym myślę, ale na marne. – Jeśli bardzo będzie ci to przeszkadzało to szmata gdzieś tam musi być. – Najbardziej przeraża mnie jego beztroski ton. Tak jakby widok krwi był dla niego czymś codziennym. – Będziesz dostawała posiłki. Nie wiem jak często, ale raz dziennie na pewno. – Tak po prostu wychodzi. Zostawiając mnie oniemiałą na środku pomieszczenia, w którym być może niedawno przebywała biedna dziewczyna, która popełniła jakiś błąd, albo być może nikt nie zapłacił za nią pieniędzy. Czy mnie także czeka taki los?
Nie mogę znieść tej okrutnej myśli. Znów spoglądam na ciemnoczerwoną plamę. Biorę w ręce kawałek szmaty, która nie należy do najświeższych. Dokładnie namaczam ją w malutkiej umywalce. Wcale nie brzydzę się tego widoku. Mimo wszystko nie potrafię powstrzymać łez, które spadają na nadal brudną podłogę.
Czy ktokolwiek wie co się z nią stało? Czy jej ciało zostało godnie pochowane? Nikt nawet najgorszy zabójca, czy złodziej nie zasługuje na to, aby po śmierci jego ciało zostało zbezczeszczone.
Po zakończonej pracy siadam na materacu, na którym ku mojej uldze znajduje się bardzo gruby koc. Starając się nie myśleć, że to być może ostatnia rzecz, której dotykała zmarła okrywam się nim szczelnie. Wiem, że to nic nie da, bo wcale nie jest mi zimno. To wszystko ze strachu, a nawet złości, która powoli zaczyna tlić się we mnie.
To wszystko jest bez sensu. Przecież nie mogę nic zrobić. Nie jestem w stanie przywrócić jej życia. Jedyne co jestem w stanie to siedzieć tutaj modlić się o to, aby udało mi się tutaj przetrwać do czasu aż moi rodzice uzbierają potrzebną kwotę pieniędzy. Bo przecież nie jestem im obojętna, prawda? Nie zostawią mnie tutaj. To pewne. Tylko dlaczego moim ciałem ponownie zaczynają wstrząsać dreszcze strachu.


DZIEŃ 3
Dopiero po tym jak budzę się rano jestem na tyle uspokojona, że jestem w stanie dokładnie rozejrzeć się po wnętrzu tego pomieszczenia, w którym mam nadzieję nie będę musiała zostać zbyt długo.
Pierwsze co zwraca moją uwagę to sedes, który na pewno przyda mi się. Cieszę się, że więcej nie będę musiała prosić o wyjście do toalety. Obok niego stoi umywalka, a nad nią małe lusterko. Jeszcze dalej widzę stoliczek i jedno krzesło przy nim. Wnętrze nie byłoby takie złe gdyby nie obskurne ściany, które od brudu są niemal szare. Gdzieniegdzie odpadają kawałki tynku. Czy na pewno jestem tu bezpieczna? Oczywiście, że nie, a kawałki spadającej ściany są najmniejszym złem.
Zanim zdążę zorientować się co się dzieje drzwi do mojej celi otwierają się z cichym kliknięciem, a w środku pojawia się Joe. Dziś jest ubrany w biały t-shirt oraz sprane jeansy. Na jego twarzy widnieje szeroki uśmiech co jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że gdyby nie te okoliczności to pewnie mogłabym się z nim zaprzyjaźnić. W rękach trzyma tace, a na niej dwie kanapki oraz kubek czegoś ciepłego. Wszystko stawia na stole i obraca się w moją stronę.
-Pomyślałem, że będziesz głodna. – zaczyna. – Spokojnie. Nie ma tam żadnej trucizny. Sam dopilnowałem, aby wszystko było w porządku.
-Niby dlaczego mam ci ufać.
-Bo jestem fajny? – Tymi słowami całkowicie zbija mnie z tropu. – No dalej. Nie będę tutaj czekał wiecznie. – Powoli wstaje i nie spuszczając go z oczu siadam przy stole. Natomiast on usadawia się na moim prowizorycznym łóżku. Choć jestem bardzo głodna to z wielkim trudem przełykam jedzenie. Nigdy nienawidziłam kiedy ktoś zbyt długo mi się przyglądał. Tym bardziej podczas spożywania posiłku.
-Czy możesz przestać się na mnie patrzeć? To mnie rozprasza.
-Dobrze księżniczko. – Słysząc jego słowa krzywię się.
-Czy tak też mógłbyś do mnie nie mówić?
-Może napiszesz mi jakąś specjalną listę rzeczy, które powinienem robić, a których nie? – pyta z uśmiechem, ale w jego głosie słyszę narastające napięcie.
-Nie, nie trzeba.
Staram się nie zwracać uwagi na to, że w ogóle nie dostosował się do mojej prośby. Jak najszybciej potrafię zjadam to co mam na talerzu.
-Dziękuję. – mówię kiedy już skończę.
-OK. – bierze tace.
-Czekaj!
-Tak. – Odwraca się w moją stronę.
-W tamtym pomieszczeniu, w którym byłam wcześniej zostawiłam swój plecak, czy mógłbyś mi go przynieść? – pytam najbardziej potulnym głosem na jaki mnie stać, ale już po chwili przekonuje się, że to nic nie da. Chłopak rzuca tacą o ścianę i marszcząc brwi podchodzi do mnie. Coraz bardziej zbliża swoją twarz do mojej, natomiast ja chcę wtopić się w ścianę, która niestety nie chce ze mną współpracować.
-Słuchaj paniusiu. Jakbyś jeszcze nie zauważyła to nie jesteś na wakacjach! Nie możesz prosić nas o spełnienie swoich zachcianek, bo ktoś może wkurzyć się bardziej ode mnie i to może być koniec twojego słodkiego i grzecznego życia. Zrozumiano? –Jestem tak zadziwiona jego nagłą zmianą humoru, że jedyne na co potrafię się zdobyć to powolne kiwanie głową.
Oczywiście tak jak się spodziewałam w ogóle nie pofatygował się po to aby zebrać kawałki porozrzucanego szkła i porcelany. Kiedy z trzaskiem zamyka za sobą drzwi nachylam się i z niezwykłą delikatnością zbieram wszystkie kawałki. Na szczęście nie kaleczę się przy okazji.
~*~
Chyba resztę dnia spędzam w łóżku. Nie mam pojęcia o upływającym czasie. Zdążyłam przejrzeć całe pomieszczenia, ale nie ma tutaj ani jednego zegarka, albo chociaż kalendarza. Wydaję mi się, że jestem tutaj już trzy dni, ale tak naprawdę nie mam pewności. Jedyne co wiem to to, że moje poszukiwania już się rozpoczęły.
Boje się.
Okropnie się boje.
Nie mam pojęcia w jakim miejscu przybywam. Nie wiem, czy nadal jestem w granicach mojego kraju. Nie ma żadnego sposobu na to abym stąd uciekła. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik. W ich planie nie ma żadnej szpary przez którą mogłabym się przecisnąć. Jestem tego pewna niemal w stu procentach.
Nadal wpatruję się w szary sufit i najchętniej zasnęłabym, aby choć na chwilę przenieść się do innego miejsca, ale nie potrafię. Okropna suchość w gardle nie daje mi spokoju. Choć obawiam się ponownego spotkania Joe’a to modlę się aby w końcu pojawił się z tą tacą co poprzednio. Już nawet nie potrzebuje swojego plecaka. Chcę tylko odrobinę wody. Pewnie, że mam jej pod dostatkiem tyle tylko, że nie wiem, czy nadaje się do picia. Wole nie ryzykować zatrucia się. Wątpię, że wtedy ktoś pomógłby mi.
W końcu po około godzinie słyszę jak ktoś dobiera się do zamka. Zamykam oczy udając, że jestem pogrążona we śnie. Po chwili dochodzą do mnie odgłosy ciężkich kroków. Chwila ciszy i znów ten sam dźwięk. Potem drzwi ponownie się zamykają, a ktoś po drugiej stornie dodatkowo je zabezpiecza. Czekam parę sekund po czym powoli otwieram oczy. Na stoliku widzie tace z miską czegoś parującego i szklankę soku. Zrywam się z miejsca nie dbając o to, że ktoś na korytarzu może nasłuchiwać, czy przypadkiem nie udawałam.
Zanim siadam na krześle zatrzymuje się. Na podłodze leży mój plecak. Uśmiecham się lekko do siebie i szybko go łapie. Lekko drżącymi z podekscytowania dłońmi odpinam zamek. Znajduje w nim książkę, na której najbardziej mi zależało. Teraz przynajmniej będę miała zajęcie na parę dni. Jak dobrze, że pomyślałam o tym, aby ją zabrać. W środku znajduję także grzebień, krem nawilżający, pomadkę ochronną, trzy paczki chusteczek higienicznych oraz parę funtów. Sądząc po bałaganie w środku ktoś musiał go przeszukać. Najwyraźniej nie znalazł niczego co byłoby zakazane.
Później przypominam sobie o posiłku, który nadal na mnie czeka i zabieram się za niego. Ciepła jeszcze zupa rozgrzewa mój organizm i sprawia, że jestem już o wiele mniej spragniona.
~*~
W krainie snów tym razem przenoszę się do stołówki dla bezdomnych. Nawet tam smród wynikający z tego, że ci ludzie nie mają gdzie się umyć nie przeszkadza mi. Nalewam tą samą zupę co wcześniej jadłam do talerzy, które potem z uśmiechem podaję ludziom, którym w życiu się nie poszczęściło.
-Nieeeeeee! – słyszę krzyk przepełniony bólem. Od razu budzę się podrywając z łóżka. – Błagam, nie! – głos kobiety dochodzi zza ściany. Przechodzą mnie ciarki. Szczelniej okrywam się pierzyną tak jakby to w jakiś cudowny sposób miało uchronić mnie przed okrutnością tego miejsca. – Będę posłuszna! Tylko nie rób tego! – Uderzenie i głośny jęk.
-Cicho bądź! – słyszałam już ten głos w salonie, ale nie mogę przypomnieć sobie, do którego mężczyzny należał. Jestem chyba jeszcze bardziej przerażona niż ta biedna kobieta.
-Proszę. – mówi już ciszej, tak jakby straciła już jakąkolwiek nadzieje.
-Możesz za to podziękować swojej rodzince. – jego głos ocieka złością.
-Przecież oni dadzą wam pieniądze. Musicie poczekać, aż tylko je zdobędą. – niemal jęczy.
-Już dość długo czekaliśmy. Poza tym nie do końca robią to co im każemy. Mieli dać pieniądze i nie węszyć, ale nie! Wynajęli prywatnego detektywa, zgłosili to na policje! – jego głos aż cały ocieka nienawiścią. – Może przekazać im coś? – pyta na koniec już łagodniejszym głosem.
-Powiedz im, że mimo wszystko nadal ich kocham. – W tej chwili wiem, że już się poddała, ale nie mam pojęcia co nastąpi potem. Dlatego kiedy słyszę głośny strzał podskakuję w miejscu i zakrywam usta dłonią tak, aby nie zacząć krzyczeć. Łzy cisną się do moich oczu. Obok mnie właśnie zabito niczemu nie winną dziewczynę, a ja nie mogłam nic zrobić. W dodatki kiedy przypomnę sobie to w jaki sposób jej jakakolwiek nadzieja na przeżycie uleciała mój żal powiększa się.
Jeszcze długo nasłuchuje tego co dzieje się po drugiej stronie, ale jedyne co słyszę to kroki mężczyzny. Przez chwilę boję się, że idzie do mnie, ale dźwięk jest coraz mniej wyraźny, dlatego wiem, że oddala się ode mnie. Jestem tylko odrobinę spokojniejsza, ale zauważam, że nikt chyba nawet nie zabrał ciała dziewczyny. Czy poprzednią właścicielkę tego pokoju także spotkał taki los? Sadząc po ilości krwi albo dostała prosto w głowę, albo ktoś dodatkowo ją torturował.
Kładę się ponownie i mam nadzieje, że zasnę, ale i tak to nie udaje mi się. Drżę ze strachu i mocno ściskam kołdrę. Chcę wrócić do domu. Do mojego pokoju. Znów chcę jeść posiłki razem z moimi rodzicami, chcę spotykać biznesmenów i ważne osobistości. Brakuje mi rozmów z panem Henrym nawet tych najdziwniejszych. Jednym słowem chcę być wszędzie tylko nie tutaj.


DZIEŃ 4
Skąd wiem, że jest już następny dzień?
1.       Znów jestem głodna.
2.       Po idealnej ciszy zostało już tylko wspomnienie.


Co prawda dokładnie nie słyszę o czym rozmawiają, ale wiem, że wszyscy już wstali. Po paru godzinach leżenia w łóżku bez ruchu nie czuje swoich koniczyn. Powoli podnoszę się i rozmasowuje je tak, aby wróciło mi w nich czucie.
Niespodziewanie znów słyszę krzyk dziewczyny. Szybko zatykam uszy, ale to nic nie daje. Wszystko siedzi w mojej głowie.
Czy teraz tak zawsze będzie? 
Mam tyle pytań, których liczba powiększa się z każdą chwilą, ale nie mogę wypowiedzieć ich na głos, bo wiem, że czeka mnie najokrutniejsza kara. Muszę uważać na każdy swój gest, bo nie wiadomo na jaki humor moich oprawców trafię. Być może przez chwilę nieuwagi ktoś mnie zabije.
Biorę książkę w rękę i znalezionym w jednej z szafek ołówkiem robię czwartą kreskę.
Wstaję z łóżka i korzystam z toalety. Myję twarz. Najchętniej wyszorowałabym również zęby, ale jedyna szczoteczka jaka tu jest wydaję się być już wielokrotnie używana dlatego nakładam na palec odrobinę pasty i wmasowuje ją w zęby. Potem rozczesuje włosy, które wyglądają jak istny stóg siana.
W szafce pod umywalką znajduje różne detergenty. Rozglądam się wokół i stwierdzam, że przecież mogłabym tutaj wszystko umyć. Co prawda nigdy nie sprzątałam, bo właśnie tym zazwyczaj zajmowała się nasza pokojówka, ale nie szkodzi spróbować. Tym bardziej, że na mam nic innego do roboty.
Mija około godziny zanim uda mi się zdezynfekować sedes, umywalkę, szafkę. Mam się brać za wycieranie lustra, kiedy niespodziewanie w nim zauważam kawałek czegoś wystającego spod materacu. Z wielkim trudem unoszę go i okazuje się, że to kawałek papieru. Całe szczęście, że nie ciągnęłam go na siłę, bo mogłoby to się skończyć katastrofą. Najwyraźniej przez mój niespokojny sen „łóżko” przesunęło się.
Już mam się brać za rozwijanie papieru, aby dowiedzieć się co jest w nim zawarte kiedy ktoś zaczyna otwierać drzwi. Szybko chowam go pod poduszkę i łapię szmatkę.
W środku pojawia się Eric, który mierzy mnie zaciekawionym spojrzeniem przy okazji delikatnie uśmiechając się. Gdyby nie te wszystkie okoliczności spokojnie mogłabym uznać go za szczęśliwego ojca trójki dzieci, który wraz z żoną mieszka na obrzeżach miasta. Kto wie być może tak jest, a on ukrywa przed wszystkimi czym dokładnie zajmuje się w pracy.
-Dzień dobry. – szepcze starając utrzymać neutralny wyraz twarzy.
-Dzień dobry. Widzę, że nasz poranny ptaszek zabrał się za sprzątanie. – Nie podoba mi się jego porównanie. Ptak jest symbolem wolności. Staram się lekko uśmiechnąć kiwając głową. Chyba lepiej gdy będę w stosunku do nich nastawiona przyjaźnie nawet wtedy kiedy ponownie usłyszę czyjeś ostatnie słowa. – Mam dla ciebie śniadanie. Pewnie jesteś już bardzo głodna.
-Tak. – odpowiadam odkładając szmatkę.
-Nie będę ci przeszkadzał. Po prostu później przyjdę po naczynia. Smacznego.
-Dziękuję. – odpowiadam kiedy kieruje się w stronę drzwi.
-A i jeszcze jedno. – Spoglądam na niego pytająco. – Czy przypadkiem w nocy nie słyszałaś jakiś krzyków? – Czuję na sobie przenikliwe spojrzenie mężczyzny co utrudnia mi utrzymanie niewzruszonej miny. Głośno przełykam ślinę, aby się nie rozpłakać. Po co w ogóle o to pyta?
-Nie. Mój sen jest niezwykle głęboki. – Ufff… Mój głos nie zadrżał.
-To dobrze. – Znów posyłając mi uśmiech wychodzi.
Dopiero po chwili wypuszczam długo wstrzymywane powietrze. Czekam aż jego kroki ucichną i pośpiesznie wstaję. Podnoszę poduszkę i w ręce biorę lekko pognieciony kawałek papieru. Po chwili już wiem, że to list.
Drodzy rodzice i przyjaciele!
Przebywam tutaj już od 1984 dni, 13 godzin i 48 sekund.
TĘSKNIE.
Wiem, że dla mnie nie ma już ratunku. Dopiero niedawno zdałam sobie z tego sprawę. Jestem tu za długo. Na pewno staraliście się zdobyć pieniądze, aby mnie stąd wyciągnąć. Na moim koncie jest ich okropnie dużo, ale na pewno nie możecie się do niego dostać. Dziękuję wam za choć najmniejsze starania.
Modlę się o to, aby nic wam się nie stało. Najważniejsze jest to, abyście za wszelką cenę nie szukali moich zabójców. Tym tylko sprowadzicie na siebie nieszczęście, a mnie już w żaden sposób nie da się wskrzesić. Tak na prawdę wyrok na mnie zapadł już w ten dzień, w którym zostałam schwytana, a nieżywa jestem od pierwszej chwili, którą spędziłam tutaj. Czasami mam wrażenie, że oszaleje. Rzucę się na pierwszą osobę, która wejdzie do środka i jakimś cudem uda wydostać mi się z celi, ale doskonale wiem, że sama nie dam sobie rady. Czas pogodzić się z tym co jest nieuniknione.
Przepraszam za to, że nie zawsze miałam dla was czas, że nieraz moja duma była zbyt wielka żebym mogła przyznać się do swoich błędów.
Nadal was bardzo kocham.
ANNA STONE
ANNA
To właśnie jej krew ścierałam z podłogi.
Na razie liczę jedynie dni. Czy kiedy będę już tak bardzo znudzona dołączą do nich minuty, a nawet sekundy?
Ona wiedziała, że koniec nadchodzi. Tak samo jak wczorajsza ofiara nie miała już jakiejkolwiek nadziei na to, że wróci do domu. Zaczynam zastanawiać się czy komukolwiek udało się stąd wydostać? Czy każdy kto tu trafi już nie wychodzi stąd żywy?



________________________________________________
przepraszam za błędy które na 100% się pojawiły,czasem autokorekta zmienia sama wyrazy lub po prostu ja źle napisze,przepraszam. Mam nadzieję że rozdział się podobał ale teraz KOLEJNY ROZDZIAŁ ZOSTANIE DODANY GDY BĘDZIE. 1 KOMENTARZ ;> Dla Was to tylko kilka sekund a dla mnie ogromna motywacja a proszę tylko o jeden komentarz :)

środa, 12 listopada 2014

Rozdział 3. Jak mam ściągnąć bieliznę?!



Dzień 1


Kiedy moja świadomość zaczyna wracać pierwsze co czuję to przejmujące zimno bijące od przedmiotu, którego tożsamości na razie nie potrafię rozszyfrować. Minuty płyną dalej, a do mojego umysłu dochodzą nowe szczegóły, a mianowicie okropny ból głowy. Jeszcze później zdaję sobie sprawę z tego, że jestem w niebezpieczeństwie. Ciemna dziura na chwilę znika. Widzę uśmiechniętą twarz mężczyzny, który potem siłą zaciąga mnie do samochodu. I koniec.
Chcę poderwać się z miejsca, aby uciec, ale nie jestem zdolna nawet do otwarcia oczu, a co dopiero mówić o jakiejkolwiek innej czynności. Czuje jak moje serce przyśpiesza, ale mimo to staram się uchwycić inne dźwięki. NIC. Spokój jak makiem zasiał. Nie wiem, czy mam z tego powodu płakać czy też się cieszyć. Skoro nie słychać żadnych samochodów to znaczy, że muszę znajdować się bardzo daleko od cywilizacji. Z drugiej strony być może ci mężczyźni, którzy mnie uprowadzili stwierdzili, że złapali nie tą dziewczynę i zostawili mnie w spokoju.
UPROWADZILI.
Dziwne słowo, którego znaczenie dotąd było mi obce.
Co z tego, że tutaj jestem?
Słońce nadal świeci, a Księżyc pojawia się i znika. Wiatr nadal unosi bezbronne liście, które ulegając mu lecą, tam gdzie im nakazuje. Woda nadal znajduje się w rzekach, jeziorach i oceanach. Ludzie budzą się i zasypiają. Ktoś się rodzi, a ktoś umiera. 
Wszystko jest tak jak dawniej.
Prawie wszystko.
Ja jestem tym biednym wyjątkiem, u którego w życiu zaszła diametralna zmiana.
Pierwszy raz w życiu jestem sama. Zdana tylko i wyłącznie na siebie.
Z całych sił staram się wyrzucić tą myśl ze swojej głosy. Za bardzo się boję, że wpadnę w panikę.
Moje przemyślenia przerywa bodziec, który momentalnie we mnie uderza. Dziwny i na pewno niezbyt przyjemny zapach wilgoci. Czyżbym była w piwnicy? Możliwe. Na pewno jest to miejsce głęboko pod ziemią.
Muszę przekonać się na własne oczy. Przestaje myśleć o czymkolwiek, staram się uspokoić galopujące serce i skupiam się na uniesieniu powiek.
 Oddychaj April, oddychaj. Wdech, wydech. Nic ci nie grozi. Możesz otworzyć oczy. No dalej. Na raz, dwa, trzy…
Rzeczywiście to daje zamierzony efekt. Moje powieki powoli i z wielkim trudem unoszą się. Jednak to co widzę nie zadawala mnie. Na początku mam nadzieję, że ta ciemność wynika z tego, że moje oczy muszą przyzwyczaić się do ponownego funkcjonowania. Natomiast okazuje się, że nie ma tu żadnego źródła światła.
A co jeśli są tu szczury?
Szybko podnoszę się. Niechcący głową uderzam o coś twardego – zapewne ścianę. Mój organizm nadal jest wycieńczony z powodu tych wszystkich przeżyć i utraty przytomności. Nigdy nie myślałam, że można widzieć wirującą ciemność, ale w tej chwili właśnie tak jest. Czuję jak mnie mdli dlatego obawiam się, że za chwilę zwymiotuję.
Ponownie staram się uspokoić wmawianiem sobie, że wszystko jest w porządku i nikt nie zrobi mi krzywdy. Dochodzę do wniosku, że gdyby były tu jakieś szkodniki to na pewno wydawałyby jakiekolwiek dźwięki.
Jestem wykończona to pewne. Opieram się o ścianę, która wcześniej była moim napastnikiem. Pewnie zasnęłabym, gdyby nie głód, który pojawił się niespodziewanie. Ciekawa jestem jak długo już tu przebywam. Na pewno musiało upłynąć sporo czasu odkąd wyszłam z domu. Ciekawe czy moi rodzice już wiedzą co się ze mną stało. Być może właśnie w tym momencie trwa kolacja z Jacobem, który miał być moim mężem. Czy kiedy zobaczy, że jestem nieobecna na spotkaniu przestanie zabiegać o moje względy? Zresztą co ja mówię? Przecież on nigdy tego nie robił. Ciekawa jestem, czy chociaż podobam mu się. Myśl o kolacji sprawia, że robię się coraz bardziej głodna.
Zrozpaczona zaczynam czołgać się po zimnej podłodze, która składa się jedynie z betonu. Mam nadzieje, że ktoś pomyślał o zostawieniu dla mnie choć odrobiny jedzenia. Po wielu jękach bólu i uderzeniach w ścianę zdaję sobie sprawę, że w tym pomieszczeniu oprócz mnie nie znajduje się kompletnie nic. Zdyszana i lekko poirytowana siadam w jak mniemam kącie i słyszę gruchot. Zdziwiona nie ruszam się przez chwilę. Moje serce przyśpiesza. Bałam się, że ktoś do mnie idzie. Mimo to okazuję się, że pode mną znajduje się jakiś przedmiot. Delikatnie dotykam go i błyskawicznie się podnoszę nie zwracając uwagi na to, że mogę znów w coś uderzyć. Badam kształt i strukturę.
Nie! To niemożliwe!
Uśmiecham się szeroko czując pod palcami dobrze znany mi wzór wyciskanych kwiatów na moim plecaku. Drżącymi rękoma odpinam zamek. Modlę się, aby moja kanapka była na swoim miejscu. Grzebień, balsam do ust, książka i… jest!!! Pośpiesznie zdzieram folie i wgryzam się w bułkę z sałatą oraz pomidorem rozkoszując się każdym kęsem. Kiedy mój głód jest zaspokojony dopada mnie nieznośne uczucie chłodu. Żałuję, że dziś nie zrobiłam wyjątku i nie założyłam spodni. Byłoby mi o wiele łatwiej i na pewno przyjemniej.
Dobrze, teraz kiedy już w pełni odzyskałam świadomość to co mam zrobić? Gdybym chociaż wiedziała gdzie się znajduję. Czy moi porywacze są niedaleko mnie, czy ich siedziba znajduję się parę kilometrów od tego miejsca? Być może wtedy próbowałabym w jakiś sposób uwolnić się stąd. Tyle tylko, że nie zbyt wiem jak się do tego zabrać w dodatku do dyspozycji nie mam przydatnych rzeczy.
Po paru godzinach wiem już, że uprowadzenie mnie nie było czymś przypadkowym. Gdyby było inaczej na pewno zostałabym już wypuszczona na wolność. Naprawdę chciałabym wiedzieć czego ode mnie żądają.
Czuję jak moje powieki stają się coraz cięższe. Jestem zmęczona. Gdybym tylko miała w zanadrzu nawet najmniejszy koc byłabym wniebowzięta. Ciekawa jestem jak długo jeszcze będę musiała tu zostać. Czy ten czas liczony będzie w minutach, godzinach, dniach, czy też miesiącach. Boję się w ogóle pomyśleć o tym, że mogą to być lata. Wszystko zależy od tego jaki był cel mojego uprowadzenia.
Potem już nie wiem, czy tracę przytomność, czy też zasypiam, ale zapominam o tej szalonej sytuacji, która właśnie się rozgrywa. Nie wiem jakim cudem z zakamarków mojej pamięci ujawniają się wakacje, które miałby miejsce parę lat temu. Byłam wtedy w odwiedzinach u jednej z moich ciotek, która zajmuje się końmi. To jej pasja i sposób na życie. Przez ten krótki czas zdążyłam zauważyć, że kobieta nie jest w stanie żyć bez bliskiego kontaktu z naturą. Pewnie dlatego zrezygnowała ze wszelkiego rodzaju posiadłości, które przysługują jej z racji urodzenia. Razem z mężem i dwójką małych dzieci żyje jak przeciętna brytyjska rodzina.
Naprawdę nie dziwię się, że Melanie wybrała takie życie. Wydaję się, że jest kompletnie bezstresowe i spokojne, ale to oczywiście nie prawda. W każdej rodzinie, w każdym domu codziennie lub co jakiś czas wybuchają awantury. Nawet o błahe sprawy.  Co nie zmienia faktu, że okropnie mi się tam podobało. Jakimś dziwnym sposobem to miejsce zawsze oświetlane jest przez słońce. Gdzie by się człowiek nie obejrzał widzi pola oraz łąki porośnięte różnokolorowymi kwiatami. Jedyne odgłosy, które dochodziły do moich uszu to szum pobliskich drzew. Przejeżdżające samochody pojawiałby się tam sporadycznie. Najczęściej ludzie specjalnie przybywali na lekcje jady konnej. Oczywiście mnie także nie ominął ten zaszczyt. Szybko pozbyłam się złudzeń, że oglądanie tych pięknych widoków to raj. Wiatr, który rozwiewał moje włosy w czasie jazdy jest wprost nie do opisania. Pamiętam, że szeroki uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Miałam wielką ochotę zamknąć oczy, aby skupić się na samym uczuciu, ale wiedziałam, że jest to niebezpieczne. Przez chwilę myślałam, że ja i natura jesteśmy jednością.
BUUUM !!!
Słyszę trzask i podskakuję na miejscu. Od razu przenoszę się do tego okropnego miejsca. Mam ochotę płakać i krzyczeć. Najchętniej na zawsze pozostałabym na słonecznej wsi.
Zaraz!
Skoro ktoś tu był to miał ku temu powód. Na pewno nie przyszedł tylko po to aby sprawdzić czy już się obudziłam. Ponownie tego dnia zaczynam czołgać się po podłodze. Po jakimś czasie znajduję coś miękkiego i od razu szeroko się uśmiecham. Wcześniej w ogóle nie zwracałam uwagi na takie szczegóły jak nakrycie podczas snu. Nie wiedziałam, że kiedykolwiek uciesze się z koca. Biorę go w ręce i słyszę jakieś uderzenie. Najwyraźniej coś się na nim znajdowało. Powoli sunę ręką po posadce i w końcu natrafiam na coś długiego i okrągłego. Jest ciepłe. Czyżby termos?
Lekko drżącymi rękoma odkręcam go, ale co teraz. Nie wiem czy uda mi się trafić do nakrętki. Biorę parę głębokich wdechów i próbuję zrobić to i przy okazji nie poparzyć swoich dłoni. Po chwili ciecz znajduje się w niedużym prowizorycznym kubku, a ja jestem cała i nie uszkodzona. Nie zwracając uwagi na to, że mój język jest parzony przez co czuję nieprzyjemne szczypanie wypijam wszystko. Następnymi porcjami delektuje się. Z każdą chwilą przyjemne ciepło rozchodzi się po moim organizmie.
Szczelnie okrywam się kocem. Zamykam oczy i nawet nie wiem kiedy odpływam. Znów jestem na wsi. Tyle tylko, że tym razem zbieram kwiaty, aby później pleść z nich wianki.


Dzień 2


Przespałam całą noc, ale co z tego skoro w ogóle nie jestem wypoczęta. Nie dość, że twarda jak skała podłoga nie jest najlepszym miejscem do drzemki to w dodatku koc okazał się  niewystarczającą osłoną przed zimnem, które niemal mnie paraliżuję. Nie mam nawet siły trząść się. Boję się, że przez bardzo długi czas będę musiała znosić te męczarnie.
Gdyby tego było mało czuję nieprzyjemny ucisk w pęcherzu, który zwiastuje, że niezwłocznie muszę iść do ubikacji. To wszystko jest efektem wypicia całego termosu herbaty. Bardziej niż pewne jest to, że nie ma tu sedesu. Co ja mam teraz zrobić? Moją pierwszą myślą jest to, aby zacząć krzyczeć, ale czy ktoś w ogóle znajduje się na tyle blisko żeby mnie usłyszeć? Poza tym damie nie przystoi robić takich rzeczy. Wiem, że wytrzymam godzinę, góra dwie, ale co potem? Przecież nie mogę popuścić.Perspektywa tego, że będę musiała wdychać odór własnego moczu wywołuje we mnie odruch wymiotny. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam postawiona w tak okrutnej sytuacji.
Z oddali słyszę jakiś trzask, tak jakby ktoś zamykał drzwi, ale nie wiedział, że jest przeciąg. Nie wiem czy mam się cieszyć czy bać kiedy słyszę, że ciężki kroki są coraz bliżej mojej celi. Dochodzi do mnie nieprzyjemne skrzypnięcie po czym do pomieszczenia wpada snop światła, który wystarcza, aby mnie oślepić. Nawet nie wiem kto wszedł do środka.
-Wstawaj. – Przez tą ciszę czuję się jakbym co najmniej rok nie słyszała ludzkiego głosu. Już wcześniej słyszałam tą barwę, Wykonuje jego polecenie bojąc się, że w innym wypadku może się rozgniewać. Poza tym nie mogę zostać pośród tej ciemności na zawsze. Chwieję się lekko przez to, że prawie cały czas siedziałam skulona. Bałam się rozprostować, bo nie wiedziałam nawet jak wysokie jest to pomieszczenie. Wolałam nie ryzykować nabicia sobie guza. – Wyciągnij ręce przed siebie. – Kiedy to robię mężczyzna zbliża się do mnie tak, że staje, akurat w tym miejscu gdzie pada światło. To ten sam, który pytał się o drogę oraz wepchnął mnie do samochodu. Moje serce przyśpiesza i czuję, że ręce, które właśnie w tym momencie więzi w kajdankach lekko drżą. Wmawiam sobie, że gdyby chciał mi coś zrobić to już dawno by to się stało, ale czy to prawda? Być może prowadzi mnie do pomieszczenia, w którym chce dokonać egzekucji, a ja nie mam o tym zielonego pojęcia. Z drugiej strony przecież niczym im nie zrobiłam. Nie zabija się ludzi, którzy są niewinni. To po prostu wbrew zasadom. – Idziemy.
-Gdzie? – pytam dziwnie piskliwym głosem.
-Nie słyszałaś, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? – mówi, a jego głos wcale nie jest tak miły i uprzejmy jak wtedy kiedy pytał się o drogę.
-Słyszałam. – szepcze.
-No właśnie, a z racji tego, że mamy dobry humor i jesteśmy niezwykle mili wytłumaczymy ci całą sytuację, abyś nie musiała nad nią za długo główkować.
-Macie? Ilu was jest?
-Pierwsza zasada tutaj. Zadawaj tyle pytań ile jest koniecznych, to akurat się nie kwalifikuje.
-Ja muszę do ubikacji. – mówię nieśmiało, tak jakby to było coś wstydliwego. Może i nie jest, ale nigdy wcześniej nie informowałam nikogo o tym. Oczywiście nie licząc pierwszych lat mojego życia.
-Jesteś pewna, że musisz? Nie kombinujesz przypadkiem czegoś? – pyta unosząc lekko brew i lekko popycha mnie w plecy dając znak, że mam wyjść.
-Proszę. Już dłużej nie wytrzymam. – Czekając aż zamknie drzwi na raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć spustów krzyżuję nogi, aby choć zminimalizować to okropne uczucie.
-OK. Wierze ci. Nie zmarnuj tego. – stwierdza. – Chodź, nie mamy wiele czasu.
Przed nami rozciąga się wilgotny i zapewne zimny korytarz. Tyle tylko, że nie jest w nim tak ciemno jak w pomieszczeniu, w którym musiałam przebywać. Gdzieniegdzie znajdują się lampki, które co prawda nie dają zbyt dużo światła, ale to zawsze coś.
Przyśpieszam, kiedy dłoń mężczyzny wbija się w moje plecy sprawiając mi ból. Nie musi tłumaczyć mi o co chodzi.
-Miałem zasłonić ci oczy, ale stwierdziłem, że nie ma takiej potrzeby. Ta droga jest tak zawiła, że na pewno nie udałoby ci się stąd uciec w dodatku i tak już tu nie wrócisz, więc szkoda zachodu.
-Jak to nie wrócę? – Na początku myślę, że mnie wypuszczą, ale zaraz potem mój entuzjazm gaśnie. Wiem, że tak się nie stanie. To byłoby za proste. Poza tym nie byłabym w tym momencie skuta.
-Już mówiłem ci o zbędnych pytaniach. – Czy oni naprawdę chcą mnie zabić?
~*~
Po około dziesięciu minutach kiedy słowa czarnowłosego dotyczące tego, że na pewno pogubię się w czasie drogi potwierdzają się staje przed jednym z pomieszczeń. Wyciąga dość duży pęk kluczy i otwiera drzwi.
Kiedy uderza we mnie zapach dochodzący ze środka mam ochotę wyjść z tego pomieszczenia zanim jeszcze przekroczyłam jego próg. Smród doskonale odzwierciedla to co widzę w środku. Pomieszczenie jest bardzo małe i wygląda tak jakby ktoś bardzo dawno z niego nie korzystał, a co dopiero mówić o jakichkolwiek środkach dezynfekujących. Pierwsze co rzuca mi się w oczy to malutkie okienko nad sedesem, które zabezpieczone jest kratami.
-Nie zmieścisz się. – odzywa się niespodziewanie przez co podskakuję.
-Nawet o tym nie myślałam. – szepcze i chyba lekko się rumienie z powodu kłamstwa.
Z lewej strony znajduje się lusterko i mini umywalka. Lustro jest pokryte tak grubą warstwą kurzy, że nie może dojrzeć w nim nic oprócz szarej plamy.
-Czy mógłby pan? – pytam pokazując kajdany. – Byłoby mi o wiele łatwiej.
-Mów mi Eric. Nie jestem znów tak bardzo stary. Miałem styczność z bardzo wieloma tak na pozór niewinnymi dziewczynami jak ty. Myślałem, że nie są zdolne do niektórych rzeczy. Niestety myliłem się. Z tobą nie popełnię tego błędu.
-Rozumiem. – odpowiadam i jednocześnie zastanawiam się jak mam ściągnąć bieliznę. Podchodzę do sedesu spoglądając na niego podejrzliwie. Na pewno na nim nie usiądę. Już na pierwszy rzut oka wiem, że znajduje się tam multum bakterii. Obracam się w kierunku mężczyzny, który przygląda mi się. Na moich policzkach pojawia się róż. – Czy mógłbyś się obrócić. Ja tak nie potrafię.
-Oh jakaś ty wstydliwa. – Ku mojej uciesze odwraca się. Przez chwilę bałam się, że odmowę usprawiedliwi tym, że w czasie kiedy będzie odwrócony mogę mu coś zrobić.
Po paru pytaniach, czy już skończyłam udało mi się zdjąć bieliznę i żadną częścią ciała nie dotknąć deski klozetowej. Nawet nie fatyguję się, aby umyć ręce, bo wiem, że tylko mogę pogorszyć sytuacje.

___________________________
No i mamy 3 rozdział :D przypominam o tym że możecie zostawić po sobie komentarz o tym rozdziale ;) następny rozdział za 4 dni ale jak skomentujecie to może będzie wcześniej. ;*

niedziela, 9 listopada 2014

Rozdział 2. Poza murami rezydencji.

Wyłączając budzik, który właśnie ukazywał godzinę 6:00 przeciągam się i pośpiesznie wyskakując z łóżka. Wiem, że dla niektórych to może być dziwne, ale odkąd pamiętam nigdy nie wstawałam później. Robiłam to, ponieważ było mi szkoda czasu poza tym miałam wiele obowiązków i wolałam wykonać je jak najszybciej. Nienawidziłam obijania się, a moim zdaniem spanie do godziny dziesiątej właśnie tym było.
Podeszłam do mojego ogromnego okna i odsłoniłam potężne turkusowe kotary, które uniemożliwiły słońcu przebicie się do mojego pokoju. Jak na maj przystało pogoda bardzo mnie zadowoliła. Otwierając okno, aby wpuścić trochę świeżego powietrza byłam pewna, że usłyszę radosne odgłosy, które wydają ptaki.
W podskokach podeszłam do mojej ogromnej szafy, w której na próżno można było szukać spodni. Moja mama zawsze mówiła mi, że szanująca się dama powinna być kobieca, noszenie tego męskiego stroju odejmuje jej uroku. Dlatego już w wieku pięciu lat oświadczyłam, że nie chcę mieć tego typu ubrań. Po części bałam się wtedy, że nosząc je zmienię się w chłopaka co niemożliwi mi zostanie prawdziwą księżniczką, która w swojej wieży będzie czekała na księcia z bajki. Od zawsze szanowałam zdanie mojej matki. Była dla mnie pewnego rodzaju autorytetem. Chciałam w przyszłości być taka jak ona. Niektórzy sądzą, że zmierzam w tym kierunku co dodaje mi otuchy.
Moja matka jest świetnym prawnikiem, ale nie to jest najważniejsze. W jej żyłach płynie arystokratyczna krew, a ona jest z tego bardzo dumna. To dzięki niej mieszkam w tej pięknej rezydencji, którą w przeszłości przez wieki należała do jej rodziny.  Bardzo ceni sobie dobre maniery. Uważa, że ludzie są na tyle cywilizowani, że powinni o nie dbać, czasami ubolewa nad tym jak często o tym zapominają.
Mój ojciec jest kardiochirurgiem znanym na całym świecie. Czasami ludzie dosłownie biją się o to aby ich operował. Też jest arystokratą. Kiedyś myślałam, że tylko ze względu na to mama go poślubiła, ale teraz jestem pewna, że naprawdę się kochają.
Choć bardzo bym chciała nie mam rodzeństwa. Mama twierdzi, że woli mieć jedną córkę i mieć pewność, że wychowała ją na znakomitego obywatele tego kraju niż przez swoją ponowną ciąże zaniedbać mnie.
Po dłuższym zastanowieniu ubieram moją najprostszą białą sukienkę z rzucanymi gdzieniegdzie kolorowymi kwiatami.
Wchodzę do mojej prywatnej łazienki i wykonuję poranną toaletę, na którą składa się umycie zębów i twarzy oraz wklepanie kremu nawilżającego. Wchodząc do pokoju rozglądam się po nim. Nie mam zamiaru zostawić w nim bałaganu. Moje małe królestwo wygląda następująco: ma turkusowe ściany; posiada ogromne dębowe drzwi, przez które spokojnie mógłby wjechać samochód; dwuosobowe łóżko z śnieżnobiałym baldachimem. Naprzeciwko niego stoi biurko. Obok stoi szafa, a koło niej półka z książkami, która nie wiem jakim jeszcze cudem nie zarwała się. Znajduję się tu także wielkie okno i drzwi na taras. Wszystko tutaj jest duże i dobrej jakości. Dla moich rodziców byłoby to niedopuszczalne, gdyby w pokoju ich jedynej córki znalazło się coś nietrwałego.
Ten pokój jest jedynym miejscem gdzie mogę być sama. Czasami nawet mnie dopada taki humor, że nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Wtedy chowam się właśnie tu. Wybieram jakąś dobrą książkę i przenoszę się do innego świata.
Kiedy zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko znajduję się na swoim miejscu spokojnie opuszczam pomieszczenie. Tylko po to by znaleźć się na imponujących rozmiarów korytarzu. Na którym znajdują się liczne obrazy moich przodków. W dzieciństwie namawiałam mamę, aby je ściągnąć, bo zawsze idąc korytarzem miałam wrażenie, że ci ludzi przyglądają mi się. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam to uczucie ignorować. Chyba dorosłam już na tyle żeby zdać sobie sprawę, że to tylko obrazy, a ci ludzie już dawno umarli.
Powoli schodzę po schodach prowadzących na hol. Trzymam się poręczy, ponieważ wiem, że pani Sophie zawsze w poniedziałek pastuję je, a nie mam zamiaru złamać nogi. Stawiając ostatni krok uspokajam się odrobinę. Idę w kierunku znów ogromnych drzwi prowadzących do naszej jadalni. Słyszę dobiegające z niej głosy. Już się przyzwyczaiłam, że rzadko kiedy spożywam posiłki tylko z moją rodziną. Bardzo często pojawiają się u nas goście, tacy jak politycy, czy dawni znajomi moich rodziców. Nie powiem, że to mi przeszkadza, bo wtedy skłamałabym. Po prostu witam się. Siadam na swoim miejscu obok taty i jem. Potem dziękuję, żegnam się i wychodzę.
Popycham drzwi i pewnym krokiem wchodzę do środka.
-Dzień Dobry. – mówię głośno i wyraźnie lekko dygając przy tym. Od razu zyskuję uśmiech pulchnego i siwego pana, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Jak na moje oko jest politykiem.
-Dzień Dobry. – odpowiada, a z jego twarzy nadal nie znika uśmiech. – To pewnie młoda panna Lightwood, kiedy cię ostatnio widziałem byłaś jeszcze malutkim dzieckiem, które nawet nie potrafiło chodzić, a tu proszę!
Ignorując wypowiedź mężczyzny siadam na swoim miejscu. Nie jestem bezczelna, po prostu nie wiem co mam na takie słowa odpowiedzieć. Bezszelestnie przysuwam krzesło i zaczynam spożywanie posiłku, na który składają się kanapki z sałatą i pomidorem. Czasami kiedy patrzę na ten ogrom jedzenia aż ściska mnie w żołądku. Normalne jest to, że wszystkiego nie zjemy. Musielibyśmy zaprosić z 50 osób i to jeszcze by było za mało, aby tego wszystkiego się pozbyć. Boli mnie to, że my marnujemy jedzenie, a są na świecie osoby, które głodują i bardzo chętnie zjadłyby nawet najmniejsze resztki.
Gdyby nie to, że mama chcę abym została prawnikiem na pewno byłabym wolontariuszką, która wyjeżdża do Afryki, albo po prostu pomaga ludziom wokół. Nie wiem, czy to jest w ogóle praca, ale tak naprawdę właśnie to chciałabym robić. Jednak nie chcę zawieść moich rodziców, którzy tak wiele dla mnie poświęcają. Wtedy okazałabym się niewdzięczną córką, która nie docenia tego co ma.
-April, chciałabym cię poinformować, że w kolacji towarzyszyć nam będzie Jacob Robertson. Radzę ci, abyś później przebrała się w coś bardziej eleganckiego.
-Dobrze mamo, tak właśnie zrobię.
-Jakie masz plany na dziś dziecko? – zapytała łagodnym głosem delikatnie się przy tym uśmiechając. Spokojnie mogłabym stwierdzić, że moja matka jest piękna. Ma piękne, długie i lśniące włosy, które zazwyczaj ściśnięte są w kok. Jest posiadaczką ciemnych oczu. Wygląda o wiele młodziej niż na swój wiek. Spokojnie mogłabym powiedzieć, że to moja siostra i nikt nie zarzuciłby mi, że kłamię.
-Teraz pójdę do ogrodu, być może pomogę panu Henry’emu, później zajrzę do stołówki. Na koniec poczytam i zacznę przygotowania do kolacji.
-Masz dziecko dobre serce, co bardzo mnie cieszy. Pamiętaj, na kolacji musisz wyglądać jeszcze piękniej niż zwykle. Twój przyszły mąż musi być zachwycony.
Słowa „przyszły mąż” odbijały się w mojej głowie jak echo dzwonów kościelnych. Miesiąc temu przyjechali do nas starzy przyjaciele moich rodziców państwo Robertson. Zabrali ze sobą swojego osiemnastoletniego syna Jacoba. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam muszę się szczerze przyznać, że zaparło mi dech w piersiach. Był bardzo przystojny. Miał niemal czarne włosy, jasnoróżowe usta oraz niebieskie jak ocean oczy, które niemal hipnotyzowały. Nie miałam za bardzo do kogo go porównywać. Bardzo rzadko widziałam chłopaków w moim wieku. Nie chodziłam do szkoły, a w stołówce dla bezdomnych brakowało tak młodych ludzi, którzy byliby skorzy do pomocy. Podczas kolacji widziałam jak chłopak mnie obserwuję. Nie wiedziałam co to oznacza, ale pamiętam, że czułam się lekko skrępowana. To było dla mnie coś nowego. Nie mieliśmy okazji porozmawiać na osobności. Z jednej strony byłam zadowolona, ponieważ nie byłam pewna tego jak zachowam się w jego towarzystwie. Od razu po kolacji pożegnali się z nami. Następnego dnia zostałam poinformowana, że rodzice po bardzo długich przemyśleniach zdecydowali, że to właśnie Jacob będzie moim mężem. Powiedzieli, że jest dla mnie idealnym kandydatem. Zachwycił ich swoją inteligencją, urodą oraz dobrymi manierami, a co najważniejsze posiada arystokratyczną krew.
W tamtej chwili nie czułam nic. W tak młodym wieku w ogóle nie myślałam o tym, że kiedyś będę musiała wyjść za mąż. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że rodzice będą szukać mi męża. Myślałam, że takich wyborów dokonuję się samemu. Czyżbym się myliła? Wydawało mi się, że ktoś bierze ślub z miłości. Przecież w kościele kapłan o tym mówił. Niemal na pamięć znam cytat z Biblii o miłości „Miłość łaskawa jest…”. Jednak tak naprawdę nie wiedziałam co to jest. Nigdy nie byłam zakochana. Nie miałam w kim. Czasami wręcz błagałam rodziców, aby pozwolili mi iść do szkoły. Zawsze wtedy odpowiadali, że ich córka nie będzie przebywała w towarzystwie jakiegoś bydła

Mimo tego uczucie samotności nie mijało. W czasie wakacji przyjechała do mnie o rok starsza kuzynka Charlotta.  Rodzice mieli nadzieję, że to choć trochę wynagrodzi mi brak kontaktu z innymi dziećmi. Jeśli jest to możliwe to znienawidziłam ją od pierwszego wejrzenia. Miała długie rude włosy zaplecione w warkoczyka oraz twarz usianą niezliczoną ilością piegów. Złośliwie marszczyła swój mały i zadarty nos. Pamiętam, że razem wytrzymałyśmy tylko jeden dzień. Poszłam do mamy i powiedziałam, że już nie chcę iść do szkoły, ale niech tylko odeśle Charlotte. Matka pogłaskała mnie po głowie i z uśmiechem wykonała moją prośbę. Właśnie wtedy pogodziłam się z tym, że nie będę jak inne dzieci. Teraz nawet przestało mi to przeszkadzać. Przynajmniej mam normalne poukładane życie. Jedyne co mnie dręczy to małżeństwo, które zawrze w wieku 21 lat.
Czy te uczucia, które wywołał we mnie widok Jacoba to właśnie miłość? Czy mój wygląd choć trochę go poruszył? Chyba nie byłam brzydka. Nigdy nad tym się nie zastanawiałam. Może w końcu przyszedł na to czas? Najgorsze jest to, że nie znałam tego uczucia, które powinno być fundamentem tego związku. Czytałam o nim wiele książek, a nadal nie potrafię określić tego słowami. Niewątpliwie jest to bardzo potężne uczucie, które może doprowadzić nawet do śmierci tak jak w przypadku Romea i Julii, ale czy to nie przesada. Jak można rezygnować z życia, tylko dlatego, że nie można być z mężczyzną którego się kocha?
Kończę swój posiłek i wstaję z miejsca. Tradycyjnie dziękuję za posiłek i wychodzę z jadalni. Przed tym kiwam głową na pożegnanie panu Jonsonowi. Kieruję się w stronę wyjścia na dwór. Po drodze przechodzę przez hol, który jest równie wystawny jak reszta domu. W niektórych książkach historycznych były zdjęcia z wnętrza różnych zamków. Nie imponowały mi one zbytnio, bo mieszkałam w budowli, która spokojnie mogłaby dostać takie miano. Na dworze pierwsze co rzuca mi się w oczy to fontanna, przy której czasami spędzam godziny czytając książki. Naokoło niej wylany jest beton pełniąc rolę podjazdu dla samochodów.
Naszą działkę znam chybanajlepiej. Uwielbiam przebywać na świeżym powietrzu, dlatego już w dzieciństwie odkryłam wszystkie kryjówki znajdujące się tu. Miałam wtedy nadzieję, że w końcu poznam kogoś z kim mogłabym pobawić się w tak zwanego „chowanego”, o którym kiedyś opowiadał m dziadek. Polegała ona na tym, że jedna osoba zamykała oczy i liczyła do dziesięciu. Natomiast druga jak najszybciej musiała znaleźć kryjówkę.
Idę w prawo dróżką wykonaną z kostki. Z radością zaciągam się świeżym powietrzem, które tak naprawdę nie było świeże, ponieważ znajdowaliśmy się niemal w centrum jednego z największych miast świata Londynie. Jednak próbowałam sobie wmówić, że wcale nie wdycham tych wszystkich spalin. Uwielbiałam wiosnę. Z uśmiechem na twarzy patrzyłam jak wraz z topniejącym śniegiem wszystko wraca do życia. To tak jakby świat powstawał od nowa. Oglądając wszystkie kwiaty, które zdążyły już zakwitnąć i mienią się wszystkimi kolorami tęczy dochodzę do celu.
Widzę mężczyznę mającego około pięćdziesiąt lat, z siwą czupryna na głowie i błękitnymi oczami. Jego pewnie dawnej przystojna twarz jest teraz poorana głębokimi zmarszczkami. Widać, że mężczyzna bardzo wiele pracował. Mimo tego zawsze widziałam go uśmiechniętego od ucha do ucha, tak jakby już dawno przyzwyczaił się do tego, że wykonuję prace, która wymaga od niego tak dużego wysiłku fizycznego. Jego ciało jest zniszczone od tego. Raz miałam przyjemność uściśnięcia mu ręki, była szorstka i twarda jak kamień. Mogłoby się zdawać, że jak najszybciej chciałam puścić jego dłoń. Jednak tak nie było. To, że jego ręce były zniszczone nie oznaczało dla mnie, że nie dba o siebie. Dostrzegłam w nim osobę, która dąży do swojego celu nawet jeśli oznaczałoby to, że musi na tym ucierpieć.
-Dzień Dobry panie Henry!
-Dzień Dobry panienko! – Na chwilę odrywa się od swojej pracy i uśmiecha się do mnie.
-Mogę panu jakoś pomóc? – pytam.
-Jak na razie nie potrzebuję pomocy, ale jeśli możesz to zostań przy mnie. Znacznie lepiej mi się pracuję kiedy mam do kogo się odezwać.
-Dobrze i tak nie mam teraz nic zaplanowane. Mogę chwilę z panem pobyć.
-Piękną mamy pogodę nieprawdaż.
-Tak wiosna jest już w pełni. Co bardzo mnie cieszy. – Uśmiecham się sama do siebie i siadam na niezbyt dużym kocyku, który ma mnie ochronić od zimnej ziemi. – Mogę panu zadać pewne osobiste pytanie. Oczywiście jeśli pan nie będzie chciał to nie musi pan odpowiadać.
-Słucham. Może dam radę ci pomóc.
-Czy miał pan żonę? Nigdy pan nic o tym nie wspominał. – Po tych słowach nastało milczenie. Od razu pożałowałam, że w ogóle o to zapytałam. Najwyraźniej dla niego to drażliwy temat. Kiedy miałam już przeprosić on zabrał głos.
-Tak miałem. Niestety zachorowała na raka i zmarła w wieku 25 lat.
-To straszne. – zdołałam wyszeptać.
-Tak. – posmutniał.
-Czy pan… kochał ją? – zapytałam niepewnie.
-Tak, najbardziej na świecie. – Uśmiechnął się przelotnie. - Po jej śmierci nie znalazłem sobie nikogo. Nie mogłem znieść myśli, że ktoś mógłby zastąpić miejsce Margaret.
-Czy już przed ślubem pokochał ją pan?
-Oczywiście. Gdyby nie to nie wzięlibyśmy ślubu.
-Czyli to tak działa? – powiedziałam niemal do siebie.
-Do czego konkretnie zmierzasz dziecko? – zapytał.
-To nic ważnego. Ja po prostu nie wiem co to jest miłość. – słysząc te słowa mężczyzna zaśmiał się cicho. Na moich policzkach pojawiły się rumieńce. Głupia. Powinnam w ogóle nie poruszać tego tematu.
-Chyba każdy chciałby to wiedzieć. Dopóki tego nie poczujesz tak naprawdę nigdy się o tym nie dowiesz.
-Tylko skąd będę wiedział, że to właśnie jest miłość?
-To napadnie cię w najmniej niespodziewanym momencie.
-Długo będę musiała na to czekać?
-Czyżby w twoim życiu pojawił się jakiś chłopak?
-Nie, to znaczy tak. Widziałam go tylko raz, nawet z nim nie rozmawiałam. Czy ja mogę być w nim zakochana?
-Wątpię. To może być zwykle zauroczenie. Dużo ludzi mówiło o miłości od pierwszego wejrzenia, ale jak dla mnie to zwykłe bujdy. Jak można zakochać się w kimś skoro w ogóle go nie znamy. To by było raczej uwielbienie, ale nie tak potężne uczucie.
Czas spędzony z panem Henrym mijał mi zawsze jak błyskawica, dlatego zanim się obejrzałam była już godzina dwunasta, czyli czas na obiad i przerwa dla prawie wszystkich pracowników. Trochę chwiejnym krokiem przez to, że ścierpły mi nogi wstaję. Sprawdzam, czy aby na pewno moja sukienka nie została poplamiona i idę do domu.
Wchodzę do jadalni, a tam już cały stół jest zastawiony. Nie uchodzi mojej uwadze, że będą mi towarzyszyć tylko moi rodzice. To nie zdarza się codziennie. Znów spoglądam z lekką pogardą na stół pełen jedzenia. Denerwuję mnie również fakt, że nasi pracownicy nie jedzą nawet jednego posiłku razem z nami. Niby dlaczego? Czy oni są gorsi tylko dlatego, że pracują fizycznie? Dla mnie są również pełnoprawnymi obywatelami tego kraju mimo, że nie są wspaniale wykształceni. Jednak ja nie miałam na to wpływu, ponieważ moi rodzice byli innego zdania i właśnie oni tu rządzili.
Uśmiecham się do tych dwóch ludzi, którzy uczestniczyli w każdym ważniejszym wydarzeniu mojego życia i siadam już tradycyjnie na swoim miejscu. Na talerz nakładam ziemniaki oraz moją ulubioną pieczeń z indyka. W pomieszczeniu panuję cisza. Jednak nikomu ona nie przeszkadza, ponieważ każdy pochłonięty jest jedzeniem. Widzę jak moja mama nerwowo na mnie spogląda. Obawia się jak wypadnę na dzisiejszej kolacji. Dziwne, ponieważ ja też powinnam być zestresowana. Jednak tak nie jest. Co nie ukrywam cieszy mnie.
Po zjedzonym posiłku zaczynam szykować się do wyjścia. W stołówce niedługo zacznie się wydawanie posiłków.
Na swoją sukienkę, która podkreśla kolor moich oczy zakładam kremowy płaszcz. Nie wiadomo nawet kiedy pogoda się popsuła. Spoglądam w lustro i widzę delikatną twarz dziewczyny o ciemnoczerwonych ustach oraz brązowych włosach falami opadającymi na ramiona. Uśmiecham się do swojego odbicia. Ręką odgarniam zabłąkany kosmyk. Naciskam klamkę masywnych drzwi i wychodzę na zewnątrz oczywiście nie zapominając o parasolu, który w czasie takiej pogody w Londynie jest wręcz obowiązkowy.
                Nie wiem jakim cudem udało mi się namówić rodziców na to, że dziś wyjątkowo sama mogę iść na stołówke. Pewnie mój argument dotyczący pogody najwięcej zdziałał. Całe szczęście, że nie zauważyli jej zmiany.
                Zawsze kiedy wychodzę poza wysokie ogrodzenie naszej rezydencji czuję się jakby z moich barków został zniesiony ciężar. Czuję się… wolna. Nie wiem skąd to uczucie. Bardzo dobrze czuję się w domu. Mam kochających mnie rodziców, piękny pokój oraz miłą służbę. Czego chcieć więcej? W dodatku od zawsze wpajano mi, że na zewnątrz nie zawsze jest bezpiecznie, że to jest tylko z pozoru coś dobrego. Od razu sztywnieje kiedy przypominam sobie słowa mojej mamy. Mocno ściskam szelki mojego plecaka i pewnym krokiem idę w kierunku stołówki, która nie jest zbytnio daleko. Przynajmniej limuzyną jedzie się tam parę minut.
                Czasami szczerze nienawidzę tego miasta. Od razu po przebudzeniu zauważyłam, że jest przepiękna pogoda, ale już po paru godzinach zmieniła się diametralnie wraz z moim humorem. Mimo, że jest jeszcze wcześnie rano to w jakiś niewyjaśniony sposób robi się coraz zimniej i ciemniej.
                Gdzieś po mojej prawej stronie słyszę cichy szum. Odwracam w tamtym kierunku głowę. Widzę żółty bus i wyglądającego z niego ciemnowłosego mężczyznę z lekkim zarostem. Mimo tego, że ma ok. czterdzieści lat jest naprawdę bardzo przystojny. Uśmiecha się do mnie co jeszcze bardziej potwierdza moje obserwacje.
                -Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy nie wie panienka jak dojechać do centrum. – odzywa się głębokim głosem z lekką chrypką.
                -Niestety nie potrafię panu pomóc. Miłego dnia życzę. – Udaje mi się przejść zaledwie kawałek kiedy samochód ponownie zatrzymuje się obok mnie. Zanim zdążę zorientować się co się dzieje mężczyzna bierze mnie na ręce. Na ten moment porzucam wszystkie dobre maniery, których uczono mnie przez całe życie. Zaczynam krzyczeć. Kompletnie zapominam, że ludzie bojąc się deszczu starali się nie wychodzić z domu. Próbuję się szarpać, kopać, ale to nic nie daję. Jego uścisk jest jak z żelaza. Siłą wrzuca mnie na tylne siedzenia, do których drzwi otworzył drugi mężczyzna bardzo podobny do mojego napastnika. Nie przestaję wrzeszczeć. Nadal mam nadzieję, że jednak ktoś mnie usłyszy. Mężczyzna wsiada zaraz za mną do samochodu i w moim kierunku wyciąga niedużą szmatkę. Spodziewam się tego, że zaknebluje moje usta, ale szybko orientuję się, że to coś innego. Od razu obraz traci ostrość, a mi coraz ciężej jest utrzymać ciało w pionie. Nie wiem, czy umieram, czy jedynie tracąc przytomność zostaje pochłonięta przez czarną dziurę. Gdzieś na granicy między moją świadomością, a całkowitym zaśnięciem wiem, że dzieje się coś złego. Zdaję sobie sprawę z tego, że muszę uciekać. Tyle tylko, że nie mam na to sił i dokładnie nie pamiętam co mi zagraża…

___________________________________
Miłego czytania,kolejny rozdział za 3-4 dni ;)
PS. Komentarze wszelkiego rodzaju pod rozdziałami bardzo mile widziane ! ^_^

środa, 5 listopada 2014

Rozdział 1. Uprowadzenie


Zaciągam się nikotyną, która wypełnia moje płuca sprawiając, że od razu uspokajam się. Ze znudzeniem patrzę jak jasny dym pnie się coraz wyżej w górę aż w końcu rozproszony znika. Łapię pilota i bezmyślnie skaczę z kanału na kanał. Szybko wyciszam dźwięk, bo po wczorajszej imprezie jeszcze boli mnie głowa. Na żadnej stacji nie ma choćby najmniejszej wzmianki o mnie. Telewizja schodzi na psy. Wyłączam to pudło, które coraz bardziej mnie irytuje. Przez chwilę wpatruję się w czarny ekran. Spoglądam na zegarek i okazuje się, że do najbliższego wywiadu zostały jeszcze trzy godziny. Teoretycznie mógłbym wejść na twittera i odpowiedzieć na parę pytań moich fanek, ale jakoś szczególnie nie chce mi się włączać komputera. Poza tym doskonale wiem, że wszystkie mnie kochają. Nie muszę czytać o tym po raz tysięczny. Kiedy uświadamiam sobie, że tak naprawdę nie mam co robić dzwonek przy moich drzwiach odzywa się. Podchodzę do nich i nie spoglądając w Judasza otwieram je.
                Przede mną stoi niezbyt wysoka ciemnowłosa kobieta około pięćdziesiątki. Ubrana jest w jeansy oraz czerwony t-shirt, który pięknie współgra z jej opaloną twarzą. Najbardziej w oczy rzuca się imponujących rozmiarów obcasy, którymi chcę zredukować swój niezbyt duży wzrost. Widzę jak jej uśmiech znika z twarzy, kiedy zauważa papierosa w moich ustach.
                -Synku tyle razy mówiłam ci, że palenie to nic dobrego. – Ohhh mamo gdybyś tylko wiedziała o moich innych grzechach.
                -Wiem, ale to już nałóg tego tak szybko się nie oduczę.
                -Zdecydowanie powinieneś zapisać się na terapie. Na pewno potrafisz to rzucić. Bierz przykład ze swojej siostry. – Znów to samo. Porównanie do Gemmy, który będąc nastolatką nie zachowywał się najlepiej, a teraz studiuje medycynę. Matka jest z niej niezwykle dumna.
                -Tak, wiem.
                -Przy okazji przyniosłam ci trochę jedzenia. Skarbie jeśli tak dalej pójdzie to nie będziesz miał siły na nic. Wiem, że jedzenie fast-foodów jest łatwiejsze, ale nie daje żadnych korzyści twojemu organizmowi. Ohhh gdybym tylko wiedziała, że tak szybko się ode mnie wyprowadzisz na pewno nauczyłabym cię gotować.
                -Wyprowadziłem się w wieku osiemnastu lat. To nie jest znów tak szybko. – Z rozszerzonymi oczami przyglądam się temu co robi. Z dość dużej torby wyciąga multum pudełek i reklamówek, w których znajdują się gotowe potrawy, które należy jednie podgrzać. Z każdą jej wizytą jest ich coraz więcej. Z jednej strony nawet cieszę się z tego, ponieważ mam przynajmniej co jeść.
                -Dla mnie zawsze będziesz tym małym synkiem, który uwielbiał bawić się czerwonymi samochodami. – mówi uśmiechając się. Nie odpowiadam nic. Już dawno zrozumiałem, że to nie ma sensu. – Wiesz co widziałam niedawno artykuł w gazecie. – To także jest stałym elementem jej wizyt.
                -Co znów zobaczyłaś?
                -Zdjęcia, na których wyglądałeś niezbyt korzystnie. Miałeś zaczerwienione oczy, a w twoich objęciach stała jakaś brunetka, której sukienka spokojnie mogłaby uchodzić za opaskę do włosów.
                -Mamo… Tyle razy mówiłem ci, że niepotrzebnie przejmujesz się tym. Media zrobią wszystko tylko po to aby znaleźć sensacje. Zapewniam cię, że to fotomontaż. – Kiwa potwierdzająco głową, ale wiem, że zna prawdę. Jak zwykle udaję.
                -W takim razie mogę być spokojna. Pójdę już, bo pewnie jesteś zajęty.
                -Tak musze szykować się na wywiad. – Kłamię jak z nut. Mam jeszcze sporo czasu, który moglibyśmy spożytkować na rozmowę. Mimo to wolę siedzieć wpatrując się w ścianę niż słuchać wywodów mojej matki, która w tym momencie całuje mnie w policzek i szeroko uśmiechając się wychodzi.
                Po paru godzinach nic nie robienia zaczynam przebierać się. W tym samym momencie kiedy zmieniam t-shirt ponownie słyszę dzwonek do drzwi. Z początku myślę, że to moja mam o czymś zapomniała, ale szybko zdaję sobie sprawę z tego, że jej nigdy się coś takiego nie zdarza.
                Zirytowany, że ktoś mi przeszkadza szybkim ruchem otwieram masywne drzwi. Widzę za nimi ciemnowłosego mężczyznę z lekkim zarostem. Nie ma więcej niż 45 lat. Nie odzywając się w ogóle spoglądam na niego pytająco.
                -Dzień Dobry. Przepraszam, że przeszkadzam, ale na pewno pan nie pożałuje tych paru minut. W naszej ofercie znajduje się najnowszy i najlepszy odkurzacz jaki…
                -Nie potrzebuję odkurzacza. Mam już jeden. Bardzo się śpieszę, więc proszę dać mi spokój. – odpowiadam w miarę kulturalnie.
                -Ależ to tylko parę minut. Kiedy zobaczy pan jego zastosowanie na pewno wyrzuci pan stary. Naprawdę już dużo ludzi skorzystało z naszej oferty.
                -Skoro mówię, że nie to znaczy NIE!!! – Z mocnym trzaśnięciem zamykam mu drzwi przed nosem i wracam do ponownego szykowania się. Znów słyszę jak próbuje zwrócić na siebie moją uwagę, ale ignoruje to. Po paru minutach poddaje się, a ja jestem już gotów. Dziś wyjątkowo nie przyjedzie po mnie mój szofer. Od czasu do czasu potrzebuję przypomnieć sobie czasy sprzed paru lat kiedy byłem jeszcze normalnym chłopakiem, nie to, że tęsknie za tymi czasami.
                Ostatni raz spoglądam w lustro i szczerze nie dziwie się temu, że wszystkie dziewczyny lgną do mnie jak lep do muchy. Mam tak samo ciemną karnacje jak moja matka. Zielone oczy, które są rzadkością. To właśnie nimi świdruje te panienki, na które akurat mam ochotę. Na czubku głowy znajdują się dziś nadzwyczaj poskręcane ciemnobrązowe włosy, które gdzieniegdzie opadają na moje czoło. Jednym słowem posiadam wszystkie cechy, które są wyjątkowe. W dodatku po usłyszeniu mojego słynnego głosu wszystkie mdleją.
                Wychodzę na dwór i szybko zdaję sobie sprawę, że ubrałem się odrobinę za ciepło. Kiedy z zimy od razu stała się wiosna? Który w ogóle mamy miesiąc? Nie zaprzątając sobie głowy tym idę w kierunku imponujących rozmiarów garażu, w którym znajduje się sześć luksusowych samochodów. Kolejny plus sławy – masz pieniądze, multum pieniędzy. Możesz kupować wszystko co tylko zapragniesz.
                Kątem oka dostrzegam ruch i zanim zdążę odwrócić się w tamtym kierunku czuję ostrzy ból, który promieniuje z mojej głowy.
                -Co do cholery! – krzyczę kiedy zauważam tego samego mężczyznę, który chciał wcisnąć mi odkurzacz. Rysy jego twarzy zmieniły się diametralnie. Już nie jest tak miły jak wcześniej. Jednym słowy jest żądny krwi. Skąd ten psychol się wytrzasnął? Kolejne uderzenia sprawia, że lekko się chwieję, ale mimo to odnajduję w sobie resztki sił po to aby rzucić się na niego. W tym właśnie momencie cieszę się, że regularnie odwiedzam siłownię i od czasu do czasu trenuję boks. Uderzam w jego twarz z całej siły. Widzę zdziwienie wypisane na jego twarzy. Pewnie miał nadzieję, że przez jego wcześniejsze ciosy nie będę w stanie walczyć. Kiedy próbuję powtórzyć swój ruch niespodziewanie zostaje przewrócony. Oniemiały nie wiem co zrobić. Okazuje się, że gościu ma wspólnika. Dostaję kolejny cios, ale tym razem w brzuch. Zwijam się z bólu cicho jęcząc. Zdecydowanie ta walka nie była sprawiedliwa. Dwóch na jednego? Co to w ogóle ma być?! Nawet cieszę się kiedy po zaciągnięciu się dziwnej substancji, którą nasączona jest szmatka odpływam. Przynajmniej nie czuję tego bólu, który jest nadzwyczaj nieznośny.


_______________________________________________________________________________________________


Siemanko ! Witajcie w moim pierwszym prawdziwym blogu którego postanowiłam udostępnić ^-^ Mam nadzieję że Wam się spodoba i od razu przepraszam za błędy . Jeżeli rozdział Ci się spodobał możesz skomentować a to zachęci mnie do dalszej pracy !