środa, 12 listopada 2014
Rozdział 3. Jak mam ściągnąć bieliznę?!
Dzień 1
Kiedy moja świadomość zaczyna wracać pierwsze co czuję to przejmujące zimno bijące od przedmiotu, którego tożsamości na razie nie potrafię rozszyfrować. Minuty płyną dalej, a do mojego umysłu dochodzą nowe szczegóły, a mianowicie okropny ból głowy. Jeszcze później zdaję sobie sprawę z tego, że jestem w niebezpieczeństwie. Ciemna dziura na chwilę znika. Widzę uśmiechniętą twarz mężczyzny, który potem siłą zaciąga mnie do samochodu. I koniec.
Chcę poderwać się z miejsca, aby uciec, ale nie jestem zdolna nawet do otwarcia oczu, a co dopiero mówić o jakiejkolwiek innej czynności. Czuje jak moje serce przyśpiesza, ale mimo to staram się uchwycić inne dźwięki. NIC. Spokój jak makiem zasiał. Nie wiem, czy mam z tego powodu płakać czy też się cieszyć. Skoro nie słychać żadnych samochodów to znaczy, że muszę znajdować się bardzo daleko od cywilizacji. Z drugiej strony być może ci mężczyźni, którzy mnie uprowadzili stwierdzili, że złapali nie tą dziewczynę i zostawili mnie w spokoju.
UPROWADZILI.
Dziwne słowo, którego znaczenie dotąd było mi obce.
Co z tego, że tutaj jestem?
Słońce nadal świeci, a Księżyc pojawia się i znika. Wiatr nadal unosi bezbronne liście, które ulegając mu lecą, tam gdzie im nakazuje. Woda nadal znajduje się w rzekach, jeziorach i oceanach. Ludzie budzą się i zasypiają. Ktoś się rodzi, a ktoś umiera.
Wszystko jest tak jak dawniej.
Prawie wszystko.
Ja jestem tym biednym wyjątkiem, u którego w życiu zaszła diametralna zmiana.
Pierwszy raz w życiu jestem sama. Zdana tylko i wyłącznie na siebie.
Z całych sił staram się wyrzucić tą myśl ze swojej głosy. Za bardzo się boję, że wpadnę w panikę.
Moje przemyślenia przerywa bodziec, który momentalnie we mnie uderza. Dziwny i na pewno niezbyt przyjemny zapach wilgoci. Czyżbym była w piwnicy? Możliwe. Na pewno jest to miejsce głęboko pod ziemią.
Muszę przekonać się na własne oczy. Przestaje myśleć o czymkolwiek, staram się uspokoić galopujące serce i skupiam się na uniesieniu powiek.
Oddychaj April, oddychaj. Wdech, wydech. Nic ci nie grozi. Możesz otworzyć oczy. No dalej. Na raz, dwa, trzy…
Rzeczywiście to daje zamierzony efekt. Moje powieki powoli i z wielkim trudem unoszą się. Jednak to co widzę nie zadawala mnie. Na początku mam nadzieję, że ta ciemność wynika z tego, że moje oczy muszą przyzwyczaić się do ponownego funkcjonowania. Natomiast okazuje się, że nie ma tu żadnego źródła światła.
A co jeśli są tu szczury?
Szybko podnoszę się. Niechcący głową uderzam o coś twardego – zapewne ścianę. Mój organizm nadal jest wycieńczony z powodu tych wszystkich przeżyć i utraty przytomności. Nigdy nie myślałam, że można widzieć wirującą ciemność, ale w tej chwili właśnie tak jest. Czuję jak mnie mdli dlatego obawiam się, że za chwilę zwymiotuję.
Ponownie staram się uspokoić wmawianiem sobie, że wszystko jest w porządku i nikt nie zrobi mi krzywdy. Dochodzę do wniosku, że gdyby były tu jakieś szkodniki to na pewno wydawałyby jakiekolwiek dźwięki.
Jestem wykończona to pewne. Opieram się o ścianę, która wcześniej była moim napastnikiem. Pewnie zasnęłabym, gdyby nie głód, który pojawił się niespodziewanie. Ciekawa jestem jak długo już tu przebywam. Na pewno musiało upłynąć sporo czasu odkąd wyszłam z domu. Ciekawe czy moi rodzice już wiedzą co się ze mną stało. Być może właśnie w tym momencie trwa kolacja z Jacobem, który miał być moim mężem. Czy kiedy zobaczy, że jestem nieobecna na spotkaniu przestanie zabiegać o moje względy? Zresztą co ja mówię? Przecież on nigdy tego nie robił. Ciekawa jestem, czy chociaż podobam mu się. Myśl o kolacji sprawia, że robię się coraz bardziej głodna.
Zrozpaczona zaczynam czołgać się po zimnej podłodze, która składa się jedynie z betonu. Mam nadzieje, że ktoś pomyślał o zostawieniu dla mnie choć odrobiny jedzenia. Po wielu jękach bólu i uderzeniach w ścianę zdaję sobie sprawę, że w tym pomieszczeniu oprócz mnie nie znajduje się kompletnie nic. Zdyszana i lekko poirytowana siadam w jak mniemam kącie i słyszę gruchot. Zdziwiona nie ruszam się przez chwilę. Moje serce przyśpiesza. Bałam się, że ktoś do mnie idzie. Mimo to okazuję się, że pode mną znajduje się jakiś przedmiot. Delikatnie dotykam go i błyskawicznie się podnoszę nie zwracając uwagi na to, że mogę znów w coś uderzyć. Badam kształt i strukturę.
Nie! To niemożliwe!
Uśmiecham się szeroko czując pod palcami dobrze znany mi wzór wyciskanych kwiatów na moim plecaku. Drżącymi rękoma odpinam zamek. Modlę się, aby moja kanapka była na swoim miejscu. Grzebień, balsam do ust, książka i… jest!!! Pośpiesznie zdzieram folie i wgryzam się w bułkę z sałatą oraz pomidorem rozkoszując się każdym kęsem. Kiedy mój głód jest zaspokojony dopada mnie nieznośne uczucie chłodu. Żałuję, że dziś nie zrobiłam wyjątku i nie założyłam spodni. Byłoby mi o wiele łatwiej i na pewno przyjemniej.
Dobrze, teraz kiedy już w pełni odzyskałam świadomość to co mam zrobić? Gdybym chociaż wiedziała gdzie się znajduję. Czy moi porywacze są niedaleko mnie, czy ich siedziba znajduję się parę kilometrów od tego miejsca? Być może wtedy próbowałabym w jakiś sposób uwolnić się stąd. Tyle tylko, że nie zbyt wiem jak się do tego zabrać w dodatku do dyspozycji nie mam przydatnych rzeczy.
Po paru godzinach wiem już, że uprowadzenie mnie nie było czymś przypadkowym. Gdyby było inaczej na pewno zostałabym już wypuszczona na wolność. Naprawdę chciałabym wiedzieć czego ode mnie żądają.
Czuję jak moje powieki stają się coraz cięższe. Jestem zmęczona. Gdybym tylko miała w zanadrzu nawet najmniejszy koc byłabym wniebowzięta. Ciekawa jestem jak długo jeszcze będę musiała tu zostać. Czy ten czas liczony będzie w minutach, godzinach, dniach, czy też miesiącach. Boję się w ogóle pomyśleć o tym, że mogą to być lata. Wszystko zależy od tego jaki był cel mojego uprowadzenia.
Potem już nie wiem, czy tracę przytomność, czy też zasypiam, ale zapominam o tej szalonej sytuacji, która właśnie się rozgrywa. Nie wiem jakim cudem z zakamarków mojej pamięci ujawniają się wakacje, które miałby miejsce parę lat temu. Byłam wtedy w odwiedzinach u jednej z moich ciotek, która zajmuje się końmi. To jej pasja i sposób na życie. Przez ten krótki czas zdążyłam zauważyć, że kobieta nie jest w stanie żyć bez bliskiego kontaktu z naturą. Pewnie dlatego zrezygnowała ze wszelkiego rodzaju posiadłości, które przysługują jej z racji urodzenia. Razem z mężem i dwójką małych dzieci żyje jak przeciętna brytyjska rodzina.
Naprawdę nie dziwię się, że Melanie wybrała takie życie. Wydaję się, że jest kompletnie bezstresowe i spokojne, ale to oczywiście nie prawda. W każdej rodzinie, w każdym domu codziennie lub co jakiś czas wybuchają awantury. Nawet o błahe sprawy. Co nie zmienia faktu, że okropnie mi się tam podobało. Jakimś dziwnym sposobem to miejsce zawsze oświetlane jest przez słońce. Gdzie by się człowiek nie obejrzał widzi pola oraz łąki porośnięte różnokolorowymi kwiatami. Jedyne odgłosy, które dochodziły do moich uszu to szum pobliskich drzew. Przejeżdżające samochody pojawiałby się tam sporadycznie. Najczęściej ludzie specjalnie przybywali na lekcje jady konnej. Oczywiście mnie także nie ominął ten zaszczyt. Szybko pozbyłam się złudzeń, że oglądanie tych pięknych widoków to raj. Wiatr, który rozwiewał moje włosy w czasie jazdy jest wprost nie do opisania. Pamiętam, że szeroki uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Miałam wielką ochotę zamknąć oczy, aby skupić się na samym uczuciu, ale wiedziałam, że jest to niebezpieczne. Przez chwilę myślałam, że ja i natura jesteśmy jednością.
BUUUM !!!
Słyszę trzask i podskakuję na miejscu. Od razu przenoszę się do tego okropnego miejsca. Mam ochotę płakać i krzyczeć. Najchętniej na zawsze pozostałabym na słonecznej wsi.
Zaraz!
Skoro ktoś tu był to miał ku temu powód. Na pewno nie przyszedł tylko po to aby sprawdzić czy już się obudziłam. Ponownie tego dnia zaczynam czołgać się po podłodze. Po jakimś czasie znajduję coś miękkiego i od razu szeroko się uśmiecham. Wcześniej w ogóle nie zwracałam uwagi na takie szczegóły jak nakrycie podczas snu. Nie wiedziałam, że kiedykolwiek uciesze się z koca. Biorę go w ręce i słyszę jakieś uderzenie. Najwyraźniej coś się na nim znajdowało. Powoli sunę ręką po posadce i w końcu natrafiam na coś długiego i okrągłego. Jest ciepłe. Czyżby termos?
Lekko drżącymi rękoma odkręcam go, ale co teraz. Nie wiem czy uda mi się trafić do nakrętki. Biorę parę głębokich wdechów i próbuję zrobić to i przy okazji nie poparzyć swoich dłoni. Po chwili ciecz znajduje się w niedużym prowizorycznym kubku, a ja jestem cała i nie uszkodzona. Nie zwracając uwagi na to, że mój język jest parzony przez co czuję nieprzyjemne szczypanie wypijam wszystko. Następnymi porcjami delektuje się. Z każdą chwilą przyjemne ciepło rozchodzi się po moim organizmie.
Szczelnie okrywam się kocem. Zamykam oczy i nawet nie wiem kiedy odpływam. Znów jestem na wsi. Tyle tylko, że tym razem zbieram kwiaty, aby później pleść z nich wianki.
Dzień 2
Przespałam całą noc, ale co z tego skoro w ogóle nie jestem wypoczęta. Nie dość, że twarda jak skała podłoga nie jest najlepszym miejscem do drzemki to w dodatku koc okazał się niewystarczającą osłoną przed zimnem, które niemal mnie paraliżuję. Nie mam nawet siły trząść się. Boję się, że przez bardzo długi czas będę musiała znosić te męczarnie.
Gdyby tego było mało czuję nieprzyjemny ucisk w pęcherzu, który zwiastuje, że niezwłocznie muszę iść do ubikacji. To wszystko jest efektem wypicia całego termosu herbaty. Bardziej niż pewne jest to, że nie ma tu sedesu. Co ja mam teraz zrobić? Moją pierwszą myślą jest to, aby zacząć krzyczeć, ale czy ktoś w ogóle znajduje się na tyle blisko żeby mnie usłyszeć? Poza tym damie nie przystoi robić takich rzeczy. Wiem, że wytrzymam godzinę, góra dwie, ale co potem? Przecież nie mogę popuścić.Perspektywa tego, że będę musiała wdychać odór własnego moczu wywołuje we mnie odruch wymiotny. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam postawiona w tak okrutnej sytuacji.
Z oddali słyszę jakiś trzask, tak jakby ktoś zamykał drzwi, ale nie wiedział, że jest przeciąg. Nie wiem czy mam się cieszyć czy bać kiedy słyszę, że ciężki kroki są coraz bliżej mojej celi. Dochodzi do mnie nieprzyjemne skrzypnięcie po czym do pomieszczenia wpada snop światła, który wystarcza, aby mnie oślepić. Nawet nie wiem kto wszedł do środka.
-Wstawaj. – Przez tą ciszę czuję się jakbym co najmniej rok nie słyszała ludzkiego głosu. Już wcześniej słyszałam tą barwę, Wykonuje jego polecenie bojąc się, że w innym wypadku może się rozgniewać. Poza tym nie mogę zostać pośród tej ciemności na zawsze. Chwieję się lekko przez to, że prawie cały czas siedziałam skulona. Bałam się rozprostować, bo nie wiedziałam nawet jak wysokie jest to pomieszczenie. Wolałam nie ryzykować nabicia sobie guza. – Wyciągnij ręce przed siebie. – Kiedy to robię mężczyzna zbliża się do mnie tak, że staje, akurat w tym miejscu gdzie pada światło. To ten sam, który pytał się o drogę oraz wepchnął mnie do samochodu. Moje serce przyśpiesza i czuję, że ręce, które właśnie w tym momencie więzi w kajdankach lekko drżą. Wmawiam sobie, że gdyby chciał mi coś zrobić to już dawno by to się stało, ale czy to prawda? Być może prowadzi mnie do pomieszczenia, w którym chce dokonać egzekucji, a ja nie mam o tym zielonego pojęcia. Z drugiej strony przecież niczym im nie zrobiłam. Nie zabija się ludzi, którzy są niewinni. To po prostu wbrew zasadom. – Idziemy.
-Gdzie? – pytam dziwnie piskliwym głosem.
-Nie słyszałaś, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? – mówi, a jego głos wcale nie jest tak miły i uprzejmy jak wtedy kiedy pytał się o drogę.
-Słyszałam. – szepcze.
-No właśnie, a z racji tego, że mamy dobry humor i jesteśmy niezwykle mili wytłumaczymy ci całą sytuację, abyś nie musiała nad nią za długo główkować.
-Macie? Ilu was jest?
-Pierwsza zasada tutaj. Zadawaj tyle pytań ile jest koniecznych, to akurat się nie kwalifikuje.
-Ja muszę do ubikacji. – mówię nieśmiało, tak jakby to było coś wstydliwego. Może i nie jest, ale nigdy wcześniej nie informowałam nikogo o tym. Oczywiście nie licząc pierwszych lat mojego życia.
-Jesteś pewna, że musisz? Nie kombinujesz przypadkiem czegoś? – pyta unosząc lekko brew i lekko popycha mnie w plecy dając znak, że mam wyjść.
-Proszę. Już dłużej nie wytrzymam. – Czekając aż zamknie drzwi na raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć spustów krzyżuję nogi, aby choć zminimalizować to okropne uczucie.
-OK. Wierze ci. Nie zmarnuj tego. – stwierdza. – Chodź, nie mamy wiele czasu.
Przed nami rozciąga się wilgotny i zapewne zimny korytarz. Tyle tylko, że nie jest w nim tak ciemno jak w pomieszczeniu, w którym musiałam przebywać. Gdzieniegdzie znajdują się lampki, które co prawda nie dają zbyt dużo światła, ale to zawsze coś.
Przyśpieszam, kiedy dłoń mężczyzny wbija się w moje plecy sprawiając mi ból. Nie musi tłumaczyć mi o co chodzi.
-Miałem zasłonić ci oczy, ale stwierdziłem, że nie ma takiej potrzeby. Ta droga jest tak zawiła, że na pewno nie udałoby ci się stąd uciec w dodatku i tak już tu nie wrócisz, więc szkoda zachodu.
-Jak to nie wrócę? – Na początku myślę, że mnie wypuszczą, ale zaraz potem mój entuzjazm gaśnie. Wiem, że tak się nie stanie. To byłoby za proste. Poza tym nie byłabym w tym momencie skuta.
-Już mówiłem ci o zbędnych pytaniach. – Czy oni naprawdę chcą mnie zabić?
~*~
Po około dziesięciu minutach kiedy słowa czarnowłosego dotyczące tego, że na pewno pogubię się w czasie drogi potwierdzają się staje przed jednym z pomieszczeń. Wyciąga dość duży pęk kluczy i otwiera drzwi.
Kiedy uderza we mnie zapach dochodzący ze środka mam ochotę wyjść z tego pomieszczenia zanim jeszcze przekroczyłam jego próg. Smród doskonale odzwierciedla to co widzę w środku. Pomieszczenie jest bardzo małe i wygląda tak jakby ktoś bardzo dawno z niego nie korzystał, a co dopiero mówić o jakichkolwiek środkach dezynfekujących. Pierwsze co rzuca mi się w oczy to malutkie okienko nad sedesem, które zabezpieczone jest kratami.
-Nie zmieścisz się. – odzywa się niespodziewanie przez co podskakuję.
-Nawet o tym nie myślałam. – szepcze i chyba lekko się rumienie z powodu kłamstwa.
Z lewej strony znajduje się lusterko i mini umywalka. Lustro jest pokryte tak grubą warstwą kurzy, że nie może dojrzeć w nim nic oprócz szarej plamy.
-Czy mógłby pan? – pytam pokazując kajdany. – Byłoby mi o wiele łatwiej.
-Mów mi Eric. Nie jestem znów tak bardzo stary. Miałem styczność z bardzo wieloma tak na pozór niewinnymi dziewczynami jak ty. Myślałem, że nie są zdolne do niektórych rzeczy. Niestety myliłem się. Z tobą nie popełnię tego błędu.
-Rozumiem. – odpowiadam i jednocześnie zastanawiam się jak mam ściągnąć bieliznę. Podchodzę do sedesu spoglądając na niego podejrzliwie. Na pewno na nim nie usiądę. Już na pierwszy rzut oka wiem, że znajduje się tam multum bakterii. Obracam się w kierunku mężczyzny, który przygląda mi się. Na moich policzkach pojawia się róż. – Czy mógłbyś się obrócić. Ja tak nie potrafię.
-Oh jakaś ty wstydliwa. – Ku mojej uciesze odwraca się. Przez chwilę bałam się, że odmowę usprawiedliwi tym, że w czasie kiedy będzie odwrócony mogę mu coś zrobić.
Po paru pytaniach, czy już skończyłam udało mi się zdjąć bieliznę i żadną częścią ciała nie dotknąć deski klozetowej. Nawet nie fatyguję się, aby umyć ręce, bo wiem, że tylko mogę pogorszyć sytuacje.
___________________________
No i mamy 3 rozdział :D przypominam o tym że możecie zostawić po sobie komentarz o tym rozdziale ;) następny rozdział za 4 dni ale jak skomentujecie to może będzie wcześniej. ;*
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz